środa, 07 października 2009

Po Annie Niemirowicz to kolejna utalentowana fotograficznie Rosjanka. Wiem o niej tylko tyle, że pochodzi z Moskwy, ale kiedy zobaczyłem jej martwe  natury  - wpadłem zachwyt. Ira Bykowa fotografuje rzeczy codzienne i zwykłe a ich piękno wydobywa cienką smużką ciepłego światła....


poniedziałek, 05 października 2009

Łaskawie słoneczną miałem niedzielę i kiedy siedziałem sobie rankiem na patio popijając kawę,  coś zafurczało obok mnie w krzaku. Odwróciłem  się  i stanąlem oko w oko z dorodną, czerwoną modliszką. Przez chwilę pomyślalem, że  zaraz rzuci mi się do gardła :))) ale ona najwyraźniej polowała nie na mnie a na motyle. Wciąż jeszcze   - mimo pory roku - kręcą  się spóźnione motyle monarchy, marudząć przed podróżą do Meksyku.

Korzystając  z ciepłego dnia, wybrałem się nad jezioro. Nazywa się Spruce Run i jest  jakieś 5 km dalej na północ od tego, które pokazywałem ostatnio. Największą jego zaletą jest piaszczysta plaża, jak magnes  przyciągająca tu ludzi latem. Spacerując wzdłuż jeziora udało mi się zaskoczyć świstaka, który powoli szykuje się do snu zimowego. Był tak zajęty jedzeniem, że w ogóle mnie nie zauważył i mogłem całkiem z bliska kliknąć mu fotkę :) To spory zwierzak, dorównujący wielkością jamnikowi. Nie jest prześladowany przez ludzi, więc można go często dojrzeć jak buszuje w gęstej trawie...

Zresztą zobaczcie  sami. :)


05:14, desmond108
Link Komentarze (11) »
niedziela, 04 października 2009

Przez stulecia potrawy w rozmaitych regionach swiata pozostawały niemalże w tej samej, niezmienionej formie. Powód  tego był prosty. Ludzie przez całe swoje życie nie ruszali  się z miejsca w którym się urodzili, korzystając  jedynie  z tego co wytworzyła  lokalna agrokultura. Nowinki  ze świata przychodzily rzadko i traktowano je z nieufnością. Ten świat  który trwał milenia runął nagle wraz z wynalezieniem komunikacji. Najpierw w sensie dosłownym - poprzez maszynę parową napędzającą lokomotywę. Potem także w innej  formie - przez film, telewizje a dziś internet. Staliśmy się społeczeństwem żyjącym w globalnej wiosce (mówienie w ten sposób stało się truizmem) i nikogo nie dziwi, że tajskie curry z krewetkami można gotować także  nad  Wisłą czy w New Jersey...
Ludzie  zasmakowali w nowościach i nieustannie poszukują czegoś innego,  co mile połaskotałoby podniebienie, wytwarzając przyjemną ekscytację. Jeszcze do niedawna  taką nowością było sushi, które zrobiło zawrotną karierę lecz dziś przestało już być niezwykłe. Spowszedniało.

Za to na firmamencie kulinarnych mód pojwiły się kołacze. Takie same jak te w czeskiej Pradze. Kołacze to białe pieczywo z zapieczonym w nim nadzieniem, którym może być mięso lub warzywa.  Nie tak dawno pisałem o kornwalijskich pierogach, których idea  jest przecież podobna. Mimo to, to wlaśnie kołacze są tym co jest modne i poszukiwane.
Kołacze wypieka się w Ameryce od bardzo dawna. Swój początek wzięły w Pradze. Tyle że ta Praga  a wlaściwie Prague - leży w Oklahomie. Tak nazwali miasto czescy imigranci, którzy do dziś kultywują swoją odrębność etniczną, organizując  co roku Kołaczowy Festiwal i wybierając na nim Królową Kołaczy.

Kołacze długo były jedzeniem lokalnym, by nagle wystartować do zawrotnej kariery i stać się modnym i poszukiwanym przysmakiem, podawanym w centrum Manhattanu, Los Angeles czy Houston.
Kołacza można zjeść na śniadanie : nadziewanego jajkami i boczkiem. Na  obiad:  z wołowiną i grzybami, na kolację z hummusem i  tabuleh i wreszcie na  deser z czekoladą, jabłkami czy jagodami. Możliwości jest nieskończona ilość
W Nowym Jorku powstala nawet sieć sprzedająca takie kolacze, która nazywa  się "Kolache Mama". Za jednego kołacza  trzeba zapłacić tam 3 dolary a żeby go zamówić wymawia  się jego nazwe jako kulaczi  :).

Czy kołacze zostaną  na stałe w amerykańskim jadlospisie? Tego oczywiście nie wiadomo. Wiadomo jednak, że najlepsze dni są wciąż jeszcze przed kołaczami, które zaledwie rozpoczęły swój tryumfalny marsz na amerykańskie stoły.
(Zdjecia pochodza z materiałów promocyjnych restauracji "Kolache Mama" w Nowym Jorku. Zostały jednak przeze mnie przetłumaczone)

07:14, desmond108
Link Komentarze (5) »
sobota, 03 października 2009

Pewnie pomyślicie  że mam jakąś obsesję wobec "Imienia Róży", bo dziś trzeci już wpis na ten temat.  No ale jak można ominąć tak niesamowity przepis jak syr w zasmażce, podany przez nieszczęsnego mnicha Salvatora ( Salvator niestety bardzo źle skończył w powieści).
Sam przepis  na syr w zasmażce  brzmi niezwykle intrygująco  tyle że.... nie bardzo  wiadomo o  co chodzi :) Salvator to jakby uciekinier  z Wieży Babel bo mówił na raz wszystkimi znanymi sobie językami... Może ktoś pokusi się o odcyfrowania tej recepty???
Dodam  tylko, że za najlepsze tłumaczenie przewidziana jest nagroda w postaci winówki z Napa Valley :)


Oznajmiłem, że mój mistrz chciałby przeczytać pewne księgi w swojej celi i pragnie tamże spożyć posiłek.
— Robię — odparł Salvator — robię syr w zasmażce.
— Jak się to przyrządza?
Facilis. Weź el syr, który nie będzie zbyt stary ani zbyt nasolony, i pokrój na wąskie paski, kwadraty albo sicut zechcesz. Et postea położysz odrobinę butiero lub struclo fresco a` rechauffer sobre żar. A w to vamos a poner dwa plastry syra, a kiedy zmięknie, sucrum et cannella supra positurum du bis. I podawać natychmiast in tabula, gdyż należy spożywać todo gorący.
— Niechaj będzie syr w zasmażce — odparłem. A on zniknął w progu kuchni, mówiąc, bym zaczekał.
Przybył pół godziny później z talerzem pokrytym pianą. Zapach był przyjemny.
Zaniosłem posiłek Wilhelmowi. Zjedliśmy i wróciłem do mojej celi.


piątek, 02 października 2009

Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (Centers for Disease Control and Prevention) to agencja  wchodząca  w skład  amerykańskiego Ministerstwa Zdrowia. Agencja zajmuje się analizą i oceną  stanu zdrowia Amerykanów, budując  strategie pozwalające  zapobiegać  najbardziej powszechnym chorobom a także tworząc konkretne plany mające  na celu poprawe zdrowa obywateli USA. Jednym z takich planów  jest  zachęcenie Amerykanów  do jedzenia większej ilości owoców i warzyw, co miałoby mieć ogromny wpływ na ogólną poprawę zdrowia.

Z opublikowanego przez CDC w tym tygodniu raportu wynika jednak, że zalecaną ilość owoców i warzyw spożywa tylko 1/3 dorosłych mieszkańców USA - w tym jedynie 10% młodzieży.
CDC jeszcze w 2000 r. postawiło sobie ambitny plan aby do 2010 r. 3/4 mieszkańców kraju zjadało rekomendowaną przez lekarzy ilość owoców i warzyw (3 i wiecej porcji dziennie). Jak widać plan spalił na panewce, ale doświadczenie to przyniosło wiele interesujących wniosków i spostrzeżeń.
Badano np. czy ilość zieleniaków w danym rejonie ma wpływ na spożycie owoców i warzyw i okazało się, że ma. Na dodatek spory. Najwiecej takich zieleniaków jest w stanie Vermont i tam też  zjada się najwięcej  owoców i warzyw na głowę mieszkańca.
Aby znaleźć odpowiedź dlaczego młodzież woli raczej  frytki i colę od jabłek i marchewki zbadano zawartość szkolnych sklepików. Okazało się że tylko w co piątej szkole można w ogóle kupić jabłka.

Wyciągnięto więc wniosek, że należy stworzyć regulację prawną, która  zmusiłaby szkoły do zmany tego stanu rzeczy. Myśl teoretycznie  dobra, teoretycznie,  bo takie prawo istnieje na szczeblu stanowym w 20 stanach i tylko w 8 młodzież kupuje wiecej owoców i warzyw.
Zamiast kolejnej legislacji przydałaby się chyba bardziej skuteczna i dostosowana do realiów promocja zdrowego żywienia. Ale to już zupełnie inna para kaloszy.

(Opisałem tą sytuację bo problem jest uniwersalny i często się zdarza, że winą za to obarcza  się władze - od nich także oczekując rozwiązania. Jak widać wielkie ale nieruchawe  machiny rządowe są w stanie określić i nazwac problem po imieniu, ale są też bezradne w znalezieniu sposobu aby temu zaradzić. Zamiast  więc czekać na pomoc, lepiej brac sprawy (owoce i warzywa) we własne ręce)

05:29, desmond108
Link Komentarze (8) »
czwartek, 01 października 2009

Zapewne niewiele osób widziało jej prace. Jest Rosjanką i mieszka naprawdę na końcu świata bo w Nachodce - rosyjskim porcie nad Pacyfikiem. Surowy klimat tego miejsca ma niewątpliwie wpływ  na wrażliwość artystki, która z niezwykłą intuicją potrafi uchwycić delikatność i kruchość fotografowanych przez siebie obiektów... Czasami  trudno wprost uwierzyć, że są to wciąż fotografie.