wtorek, 30 czerwca 2009

Innym kontrowersyjnym wnioskiem Toma Standage jest stwierdzenie, że człowiek decydując się żyć w jednym miejscu dramatycznie obniżył swój dotychczasowy standard życia. Wielu historyków podziela tą opinię i uważa zbudowanie permanentnych osad za największą pomyłkę w dziejach ludzkości. Widać to w sposób oczywisty, gdy porównać ze sobą pierwszych osadników z plemionami wciąż prowadzącymi koczowniczy tryb życia. Ci z osiedli byli wyraźnie słabsi fizycznie, mieli slabsze zdrowie i żyli krócej niż myśliwi. Monotonna  dieta wynikająca ze spędzania życia w jednym miejscu, powodowała nie tylko niedożywienie ale także wspomagała wiele chorób jakie trapiły mieszkańców osad.


Mimo to ta wlaśnie opcja zwyciężyła. Osiedla były w stanie wyżywić i utrzymać w jednym miejscu znacznie większą niż dotychczas grupę ludzi, co zwiększało poczucie bezpieczeństwa. Także planowa gopodarka rolna sprawiała, że mogąc przewidziec plony w sposób realny odsunięto widmo głodu. Za wszystko to trzeba było jednak zapłacić słoną cenę. Myśliwym w lesie zebranie odpowiedniej ilości pożywienia zabierało średno 2 dni w tygodniu, po których następował 5-dniowy weekend. Jak wiemy z własnego doświadczenia w społeczeństwie osiadłym ta relacja jest dokładnie odwrotna.
Dziś oczywiście perspektywa prymitywnego życia w lesie nie wygląda  tak atrakcyjnie za sprawą wielu tysięcy lat doswiadczeń osiadłej w jednym miejscu ludzkości. Jesteśmy szczęściarzami, bo akurat nasze pokolenie może w pełni czerpać korzyści z ryzykownej decyzji podjętej wiele tysięcy lat temu przez nasze praszczury.
Co nie oznacza, że ten stan "rajskiej" szczęśliwości będzie trwał wiecznie. Ludzkość zmienia się nieustannie i zmienia się także podejście do sposobów produkowania  żywności. Przede wszystkim potrzeba jest jej coraz wiecej, bo przyrost naturalny zaczyna zachodzić w postępie geometrycznym. Aby to osiągnąć, trzeba się uciekać do wszelkiej wiedzy, jaką zdobyto w całym procesie historycznym. To dzięki tej wiedzy możliwa jest obecnie produkcja żywności przy użyciu genetycznych manipulacji. Wele roślin jest w  stanie dzięki temu przeskoczyć bariere gatunkową, używając w swoim kodzie DNA genów znanych do tej pory jedynie światu zwierzęcemu.
Genetycznie zmienione rośliny stają się odporniejsze na susze, na szkodniki i temperaturę ale sposób w jaki powstały budzi w wielu ludziach strach. Opór przeciwko GMO słabnie  jednak coraz bardziej i uprawy tego typu szybko staną sie dominujące czy tego chcemy czy nie. Czy jest to właściwy  krok, czy też śmiertelna  dla ludzkiej populacji pułapka - to temat na inną dyskusję.  Zorientowany globalnie świat wyraźnie już podjął decyzję a wraz z nią ryzyko związane z nową technologią. Zawsze  jednak istnieje  możliwość, że ta decyzja obróci się przeciwko człowiekowi i dlatego już teraz zebrano duże ilości nasion roślin niezmodyfikowanych genetycznie, które przechowuje się w gigantycznych schronach za kołem podbiegunowym. Jednym z takich miejsc jest należąca do Norwegii wyspa Szpicbergen.

(cdn)

05:34, desmond108
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Brytyjski dziennikarz i historyk Tom Standage jest zdania, że wszystko to, co wydarzyło sie w historii ludzkości, wydarzyło się przez jedzenie i dla jedzenia. Wg. niego dostęp do żywności badź jej brak, są bezpośrednią przyczyną kompletnej transformacji naszego społeczeństwa i patrząc  z tego punktu widzenia, można wyjaśnić  niemalże  wszystko co się w naszej przeszłości wydarzyło - począwszy od jabłka w biblijnym raju a na upadku Związku Radzieckiego skończywszy. To dzięki nadmiarowi zboża mogły powstać egipskie piramidy a w poszukiwaniu wonnych korzeni odkryto, że ziemia  jest okrągła. Tą interesująca teorię Tom Standage opisał w swojej najnowszej książce pt: "Jadalna historia ludzkości" (An Edible History of Humanity).

Fundamentalny problem jaki rozważa autor jest postawiony dość przewrotnie. Zadaje on bowiem sobie pytanie czy to człowiek udomowił dzikie rośliny i zwierzęta, tworząc gospodarkę rolną, czy też może odwrotnie: te pozwalające się hodować rośliny udomowiły dzikiego i swobodnie hasającego sobie po lasach człowieka. Wiele faktów wskazuje na to, że to jednak człowiek okiełznał naturę. Selekcjonując najbardziej dorodne i pożądane przez siebie ziarno, stworzył odmiany traw nieznanych naturze takich jak np. pszenica. Podobnie ze zwierzętami - kurczaków, które są jednym z najpopularniejszych źródeł mięsa - nie da się znaleźć dziko żyjących w jakimkolwiek rejonie świata. Ale z drugiej strony, człowiek aby uprawiać rośliny i hodować zwierzęta kompletnie zmienił swój dotychczasowy sposób życia: ze zbieractwa i myślistwa na osiadłą agrokulturę. A wiec być może to rośliny postawiły na swoim, sprawiając, że ludzie zaczęli je pielęgnować.

Dzięki selekcji nasion ich najlepsze szczepy zaczęto wysiewać w rozmaitych  częściach świata, tak naprawdę  robiąc im tym samym ogromną przysługę. W naturze, podstawiowym celem roślin jest pokrycie swoim gatunkiem jak największego areału. Człowiek regularnie wysiewając niektóre  gatunki zrobił dokladnie to co jest ich celem. Dzięki temu np. kukurydza czy ziemniaki rosną znakomicie pod Hrubieszowem a pszenica gdzieś na równinach Argentyny.

Człowiek przez kilka tysięcy lat prowadzenia zorganizowanych upraw, gruntownie zmienił nasze obecne patrzenie na żywność. Myśląc o jedzeniu tzw. "naturalnym" nie zdajemy sobie często sprawy z tego, że gatunki roślin które lądują na naszym talerzu są kompletnie nieznane naturze i zostały stworzone poprzez rozmaite mutacje w sztucznych, kontrolowanych warunkach, Weźmy taką marchewkę. Przez millenia rosła sobie ona w rozmaitych kolorach. Była biała, żółta a nawet purpurowa i wlaściwie nikomu to nie przeszkadzało. Stała się pomarańczowa dzięki holenderskim biologom żyącym w czasach Wilhelma Orańskiego. To wtedy kolor pomarańczowy stał się symbolem Niederlandów (Orański oznacza że pochodzi z miasta Oranje czyli z Pomarańczowa) i holenderscy hodowcy aby uczcić swego władcę wyselekcjonowali pomarańczową odmianę marchewki, która dominuje na świecie do dziś. Pomarańczowa  krzyżówka była niezwykle udana, bo nie tylko miała łagodny, przyjemny smak ale także swym sokiem nie plamiła talerzy tak jak marchewka purpurowa.
Pomarańczowa marchewka tak mocno utkwila w powszechnej  swiadomości, że kiedy współcześnie postanowiono powrócić do dawnych odman o innych kolorach, nikt nie chcial takiej marchwki kupować uważając, że jest genetycznie modyfikowana. :)

(cdn)

04:48, desmond108
Link Komentarze (13) »
sobota, 27 czerwca 2009

Jestem wielkim fanem Leśnego Zakątka - blogu - z którego można  się nauczyć jak bogatym źrodłem nie tylko wrażeń ale i pożywienia może być las. Pani Dana znajduje tam niemalże na każdym kroku rozmaite, grzyby, poziomki czy jagody. Las jest szczodry dla tych, którzy go rozumieją i potrafią poruszać sie w jego gąszczu.

W polskiej tradycji głęboko zakorzenione jest zbieranie runa leśnego. W niektórych rejonach kraju nawet dzieci  z latwością potrafią odróżnić od siebie grzyby jadalne od trujących a na biesiadnych stołach grzybek marynowany  czesto jest na równi: pyszną zakąską i tematem dyskusji.
Jest jednak w polskich lasach coś, co omija się z obojętnością a co jest wielkim przysmakiem w Nowej Anglii od Maine aż po New Jersey. Są to młode kłącza dzikich paproci.
Nazywają je tu fiddlehead czyli gryfy skrzypec, bo swoim wyglądem przypominają ten właśnie instrument. Po ugotowaniu w smaku przypominają szparagi ale przez swój ksztalt, delikatny smak i dzikie, leśne pochodzenie uważane są za smakołyk.

Paprocie podobnie jak grzyby lubią chłodne, wilgotne lasy, mokre od częstych deszczy. Młode pędy wyrastają w samym środku dużego krzaka paproci i gdy rosną, z wolna przesuwają sie ku jej brzegowi, wypychane na zewnątrz przez kolejne wyrastające pędy. Nie wszystkie gatunki paproci są jadalne a niektóre z nich mogą być wręcz trujące. Czyni to zbieranie młodych pędów tej rośliny niemalże identycznym ze zbieraniem grzybów, gdzie trzeba mieć wiedzę i doświadczenie by dokonać właściwego wyboru.
Podobnie jak grzyby, skrzypcowe gryfy są kruche i nietrwałe, a także tym lepiej smakują im szybciej znajdą się na stole.


Jest to więc przysmak unikalny i jeśli już pojawia się w sklepach - to nie częściej niż raz w roku - późną wiosną, kiedy przyrost  paproci jest największy.
W małych, leżących nieopodal lasów restauracjach, potrawy z tym runem leśnym można dostać przez cały rok, bo ludzie tam mieszkający  wiedzą gdzie należy szukać tego przysmaku.
Wpis ten ma wyłącznie walor informacyjny i nie chciałbym nikogo zachęcać do ekperymentowania na  sobie potraw z nieznanych gatunków paproci. Jeśli jednak ktoś będzie miał okazję dostać zielone i błyszczące  skrzypcowe gryfy paproci w sklepie lub przydrożnym straganie - zachęcam do spróbowania -  choćby z makaronem lub po prostu polane gorącym masłem. Warto!

06:16, desmond108
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 czerwca 2009
czwartek, 25 czerwca 2009

Wydawałoby się, że umiejętność robienia własnych, domowych przetworów, to przy dzisiejszym postępie  technologicznym i doskonałym zaopatrzeniu sklepów w świeże warzywa i owoce, jest czymś przestarzałym i właściwie niepotrzebnym. Nic bardziej mylnego! Stare przepisy na robienie weków, zapisane w pożółkłych zeszytach,  nieoczekiwanie  wracają  do łask. Wraz ze światowym kryzysem gospodarczym zaczęła się moda na weki.

University of Missouri w Springfield jest uczelnią, która od zawsze miała w swoim programie nauczania klasy, gdzie można  się było nauczyć domowego przetwarzania owoców i warzyw. Przez lata liczba zapisujących się na takie zajęcia studentów była jednak niewielka i nawet rozważano zlikwidowanie kursu. Wszystko zmieniło się kompletnie w tym roku, bo na zajęcia w ciągu zaledwie kilku dni zapisała się cała armia chętnych. Zamiast jednej, skąpej liczebnie klasy, utworzono do tej pory już trzy i myśli się o czwartej klasie, bo wekowanie  w tym roku wzbudza szczególne zainteresowanie.
Studenci na zajęciach pakując świeżo ugotowną fasolkę do słoików uczą się dlaczego nie można w nich zostawiać bąbelków powietrza i w jaki sposób trzeba całość zapasteryzować aby fasolka przetrwała aż do następnej wiosny.
Gołym okiem widać, że moda na robienie przetworów naprawdę powróciła. Sypiąca się i niestabilna gospodarka uczy ludzi rzeczy, o których nigdy nie pomyśleliby w czasach dobrobytu. Wielu  zakłada własne ogródki, w których sadzi warzywa i zioła i kiedy zbiory okazują się obfite - dobrze jest zamknąć część tego letniego żniwa do słoika i przechować w ten sposób smak upalnego lata.


Missouri jest tym amerykańskim stanem, gdzie kryzys  ekonomiczny  szybko daje  znać o sobie,  a ludzie  tracąc pracę niełatwo znajdują alternatywę. Wiedza o robieniu przetworów  jest w takich czasach  bezcenna. Można przetrwać bez wielu rzeczy, ale bez jedzenia jest to niemożliwe.
Wiedza na temat robienia przetworów okazała się jeszcze bardziej tajemna niż umiejętności Harry'ego Pottera. Po długich latach amerykańskiej prosperity, liczba osób potrafiących zrobić kompoty czy zakisić ogórki gwałtownie zmalała. Kilka generacji nigdy nie nabyło umiejętności, które ich dziadkom i pradziadkom pozwoliły przetrwac Wielką Depresję i dwie Wojny Światowe. Ci którzy jeszcze pamiętają jak robić przetwory, wykruszają się coraz gwałtowniej i zabierają ze sobą bezcenną wiedzę.
Dlatego na Uniwersytecie w Springfield powstał pomysł by ratować taką wiedzę za wszelką cenę. Pracownicy uczelni często zbierają dawne przepisy od tych, którzy swe pierwsze marynowane grzybki robili  jeszcze w latach 20-tych zeszłego stulecia. Nagle nobliwe, starsze panie znalazły się w centrum zainteresowania, dzieląc się swoimi doświadczeniami nie tylko na uniwersytecie. Urzędy miejskie czy dzielnicowe w wielu miastach regularnie organizują niewielkie seminaria, na których wekowania  owoców i warzyw uczą się młodsze pokolenia. Dzięki temu łańcuch tradycji został w ostatniej chwli uratowany, gdy okazało się, że kompoty są równie ważne jak komputery.

PS. Pomyślałem, że dla dobra tego tekstu, powinienem przetłumaczyć napisy na plakatach. W końcu to polska  blogosfera :)

Zdj.1 - "Yes, we can". Pod takim hasłem wygrał wybory prezydenckie Barack Obama. Słowo "can" oznacza także puszkę a w szerszym znaczeniu wek, słoik z przetworami. Całość więc należy tłumaczyć: "Tak, my też wekujemy" :)

Zdj.2 - to plakat z czasów  II Wojny Światowej, gdzie o żywność było trudno i popierano robienie domowych przetworów. Tekst na plakacie brzmi: "Oczywiście  wekuję! Patriotycznie robię słoje i kartek (na żywność) się nie boję"

Zdj.3 - to tez plakat z czasów wojny (nawet znam datę: 1943 r). "Mamy masę jedzenia na zimę - nieprawdaż mamo? Przetwory z własnego ogródka" W tamtych czasach zachęcano aby bezużyteczne trawniki zamienić na tzw. "Victory Gardens" i uprawiać w nich warzywa i owoce. Dziś tendencja jest odwrotna. Paru senatorów  domaga się, aby na uprawy we własnym ogródku wprowadzić licencje... (w uzasadnieniu można przeczytać, że coś takiego ograniczyłoby nielegalne uprawy marihuany :)))) )

05:25, desmond108
Link Komentarze (5) »
środa, 24 czerwca 2009
wtorek, 23 czerwca 2009

Wraz z rosnącą świadomością ekologiczną, coraz więcej znanych i sławnych szefów kuchni zamiast ściągać przysmaki z końca swiata,  raczej rozgląda  się wokół siebie i maksymalnie korzysta z tego, co oferuje lokalny rynek. Jednak kucharze w waszyngtonskiej restauracji hotelu Fairmont do tej koncepcji  podeszli nieco ekstremalnie i  zamiast kupowac miód np. z Brazylii, zalożyli własną pasiekę na dachu hotelu.

Trzy ule - pełne raczej niecodziennej dla hotelu klienteli - ulokowano na dachu w pobliżu wielkich wentylatorów. Zamieszkuje  tam ok. 105 tys. włoskich pszczół, a ich bezpośrednim opiekunem jest hotelowy piekarz Aron Weber, który wraz ze specjalista od sosów Ianem Bensem nie tylko regularnie dba o ich zdrowie, ale także pobiera opłatę hotelową w postaci wyprodukowanego przez pszczoły miodu
Pszczoły bez wątpienia swoją ilością wielokrotnie przewyższją liczbę  innych hotelowych gości, ale owady nie wchodzą w drogę człowiekowi i nie stanowią dla reszty mieszkańcow hotelu żadnego zagrożenia.
Po potrzebny do zrobienia miodu pyłek kwiatowy pracowite owady nie muszą latać daleko, bo tuż obok hotelu znajduje się porośnięty lipami i magnoliami  Rock Creek Park, który jest pierwszorzędnym źródłem surowca.
Pszczoły ogrywaja niezwykle ważną rolę w środowisku naturalnym, bo to od nich zależy proces zapylania roślin. Bez pszczół świat zapewne stanąłby na krawędzi klęski głodowej.
Bywalcy hotelu nie mają wątpliwości, że jeśli ktokolwiek szuka prawdziwego smaku stolicy USA - to jest nim właśnie miód z pasieki na Fairmont Hotel. Świadomość tego podziałała inspirująco na Arona Webera. Stworzył on szereg nowatorskich deserów do których używa swojskiego miodu. Najbardziej popularny stał się miodowy kawior, który podaje się w towarzystwie lodów waniliowych. Deser ten stał sie prawdziwym przebojem hotelowej restauracji.
Fairmont  to sieć  eleganckich hoteli w USA i Kanadzie. Wlaściciele sieci zachęceni waszyngtońskim sukcesem założyli podobne  pasieki w Fairmont Waterfront w Vancouver i Fairmont Algonquin w St. Andrews - oba w Kanadzie.
Tymczasem waszyngtońskie pszczoły doskonale znoszą hotelowe życie  i tylko w tym roku przewiduje się, że wyprodukują one ponad 130 kg.  doskonałego miodu.

(na podst. Mother Nature Network)

05:02, desmond108
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

W kwestii autoreklamy zawsze można pójść z umowności  w dosłowność i przykleić reklamę na aucie..

Podobno kolor auta dobrze jest dopasować do koloru butów kobiety, którą się nim wozi. Ano zobaczmy jakby to wyglądało...

05:18, desmond108
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 czerwca 2009

Nie ma na świecie miejsca, które zmieniałoby się szybciej niż Chiny i Indie. Jeszcze nie tak dawno oba kraje mocno przywiązane do tradycji z oporami przyjmowały i asymilowały wszelkie zmiany. Dziś zachodzą tam one w oka mgnieniu a tradycje coraz trudniej jest odnaleźć w modernizujących się w sposób kosmopolityczny krajach.

W Indiach na przykład  - pan młody do ślubu nadal zakłada turban a panna mloda sari ale weselnicy tańczą przy skocznych rytmach znanych z bollywoodzkich filmów. Sitar - jako przeżytek - wylądował w kącie a młodzi ludzie nie mają pojęcia kim jest Ravi Shankar. Co ciekawe, muzykę tego ostatniego łatwiej jest teraz usłyszeć w eleganckich i snobistycznych salach koncertowych Europy czy USA niż np. w Bombaju.
Tradycyjnym napojem Indii jest oczywiście herbata. To przy niej zawiązuje się znajomości, wymienia plotki czy po prostu miło spędza czas. Hindusi jednak w pogoni za światowym życiem wolą teraz pić kawę! Wszystkie większe miasta Indii oblepione są barami kawowymi, mniej lub bardziej imitującymi Starbucksa, gdzie można dostać nawet Mocha Frappucino :)))) I jakby tego było mało, z glośników sączą się piosenki Billy Joela :))
Nowa kultura wypiera starą - potwierdzając ekonomiczną zasadę, że kiepski pieniądz wypiera ten lepszy.  Z krajobrazu Indii znikają niewielkie przydrożne bary, serwujące prostą lokalną i tradycyjną żywność. Coraz trudniej jest dostać "prawdziwe" ćapati - podpłomyki pieczone  w glinianym, wkopanym w ziemię piecu.
Ćapati są tym dla Hindusów czym dla Polaków razowy chleb. Ćapati piecze się w Indiach od tysięcy lat - być może nawet jest to najstarsza przygotowywana przez człowieka potrawa - bo cywilizacja indyjska sięga wstecz o wiele dalej niż Europa czy Ameryka.


Aby upiec ćapati trzeba w piecu - zwanym tandoor - zapalić węgiel drzewny. Podpłomyki wyrabia się z ciasta w podobny sposób jak pizzę i gdy dysk osiągnie pożądaną grubość, przyklejany jest do ścianki pieca. (Ćapati piecze sie także na blasze polożonej na ogniu).
Taki przydrożny bar nie ma stolików, ławek - nie ma nawet dachu nad głową. Goście siadają "po turecku" dookoła pieca wprost na ziemi i zajadają ćapati z soczewicą i pieczonymi warzywami.
5 ćapati, miska  soczewicy i miska warzyw  kosztuje niewiele ponad złotówkę. Można dostać tam także zielony groszek z serem w sosie pomidorowym albo pierożki z ciecierzycy w mlecznym sosie czy ziemniaki z kalafiorem.
Klientami takich przydrożnych barów są najczęściej kierowcy taksówek lub rikszarze. Wszyscy chwalą sobie jedzenie, które powstaje na ich oczach i jego świeżość nie podlega  dyskusji. Wiele indyjskich szybkich i tanich barów zbiera resztki z talerzy i sprzedaje ponownie jako świeżą potrawę -  dlatego przydrożna i prymitywna dhaba (tak w Indiach zwą takie miejsca) cieszy się sporą popularnością.

Jednak przyszłość takich dhaba wcale nie wygląda różowo. Indyjskie miasta wręcz eksplodują pod naporem szukajacych szczęścia ludzi  z prowincji. Wraz z oszałamiającym sukcesem gospodarczym Indii deweloperzy wyrywają sobie nawzajem wszystkie wolne miejsca w miastach, pod budowę  nowych osiedli dla bogacących się obywateli. Nagle leżąca odłogiem i niczyja ziemia stała się wartościowa i przepędza się z niej przydrożnych "restauratorów" piekących ćapati . Wielu z nich  płaci łapówki policjantom, urzędnikom z sanepidu i z ochrony środowiska aby ci zostawili ich w spokoju, ale to tylko czasowo poprawia  sytuację.
Świat tradycji, pieców tandoor i ćapati wprost z węgla drzewnego powoli odchodzi w niepamięć. Ale niektórzy mowią, że naważniejszą cechą tradycji jest to, że przemija... Ale to już temat na osobną historię.

(na podst. Washington Post. Zdjęcia Wikipedia)

05:46, desmond108
Link Komentarze (3) »
sobota, 20 czerwca 2009
 
1 , 2 , 3