Kuchnia literacka

sobota, 03 października 2009

Pewnie pomyślicie  że mam jakąś obsesję wobec "Imienia Róży", bo dziś trzeci już wpis na ten temat.  No ale jak można ominąć tak niesamowity przepis jak syr w zasmażce, podany przez nieszczęsnego mnicha Salvatora ( Salvator niestety bardzo źle skończył w powieści).
Sam przepis  na syr w zasmażce  brzmi niezwykle intrygująco  tyle że.... nie bardzo  wiadomo o  co chodzi :) Salvator to jakby uciekinier  z Wieży Babel bo mówił na raz wszystkimi znanymi sobie językami... Może ktoś pokusi się o odcyfrowania tej recepty???
Dodam  tylko, że za najlepsze tłumaczenie przewidziana jest nagroda w postaci winówki z Napa Valley :)


Oznajmiłem, że mój mistrz chciałby przeczytać pewne księgi w swojej celi i pragnie tamże spożyć posiłek.
— Robię — odparł Salvator — robię syr w zasmażce.
— Jak się to przyrządza?
Facilis. Weź el syr, który nie będzie zbyt stary ani zbyt nasolony, i pokrój na wąskie paski, kwadraty albo sicut zechcesz. Et postea położysz odrobinę butiero lub struclo fresco a` rechauffer sobre żar. A w to vamos a poner dwa plastry syra, a kiedy zmięknie, sucrum et cannella supra positurum du bis. I podawać natychmiast in tabula, gdyż należy spożywać todo gorący.
— Niechaj będzie syr w zasmażce — odparłem. A on zniknął w progu kuchni, mówiąc, bym zaczekał.
Przybył pół godziny później z talerzem pokrytym pianą. Zapach był przyjemny.
Zaniosłem posiłek Wilhelmowi. Zjedliśmy i wróciłem do mojej celi.


sobota, 19 września 2009

Napisana przez Umberto Eco powieść "Imię Róży" to książka absolutnie niezwykła, wywołująca ogromy przypływ adrenaliny i konsekwentnie budująca niepewność czytalnika, czy aby naprawde pojął on to co właśnie przeczytał. Książka opisuje nieprawdopodobnie  skomplikowany labirynt ludzkich idei, myśli, pragnień zamierzeń zamknięty w mrocznej bibliotece. Tej realnej i tej w naszej głowie. Rzecz cała dzieje  sie w bendyktyńskim klasztorze, gdzieś na początku XIV w. a krwawa i mroczna  historia  opisywana  jest w sposob niezwykle misterny i przemyślny - klucząc i umykając uwadze czytelnika, zostawiając masę wskazówek ale i falszywe ślady. Umberto Eco  to jeden z największych erudytów naszych czasów, profesor semiotyki, badającej  relację pomiędzy słowami a człowiekiem, w swojej powieści igra z nami, wciąż wystawiając naszą inteligencję i naszą wiedzę na próbę.
Poniżej  fragment w którym opisany jest posiłek zebranych w klasztornym refektarzu mnichów, w czasie Komplety, czyli godziny kończącej benedyktyński dzień.


Refektarz oświetlony był wielkimi łuczywami. Mnisi zasiadali za rzędem stołów, nad którymi górował stół opata, ustawiony prostopadle do tamtych na obszernym podium. Po przeciwnej stronie zajął już miejsce za pulpitem mnich, który będzie czytał podczas wieczerzy. Opat czekał na nas przy fontance, z białą serwetą, by otrzeć nam dłonie po myciu, podług starodawnych rad świętego Pachomiusza. [...]
Mnisi stali teraz przy stołach, nieruchomi, z kapturami opuszczonymi na twarze i dłońmi ukrytymi pod szkaplerzami. Opat podszedł do swego stołu i wyrecytował Benedicite. Kantor przy pulpicie zaintonował Edent pauperes. Opat dał swoje błogosławieństwo i wszyscy usiedli.
Reguła naszego fundatora przewiduje posiłek nader skąpy, lecz pozostawia opatowi decyzję co do tego, ile pokarmu naprawdę potrzebują mnisi. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach w naszym zakonie patrzy się pobłażliwym okiem na przyjemności stołu. Nie mówię już nawet o tych opactwach, które niestety zmieniły się w jaskinie żarłoków; ale również te natchnione zasadami pokuty i cnoty dostarczają mnichom, których przeznaczeniem są prawie zawsze najcięższe znoje umysłu, strawę nie tyle wykwintną, ile pożywną. Poza tym stół opata korzysta zawsze z przywilejów, również dlatego że nierzadko zasiadają za nim szacowni goście, zaś opactwa dumne są z produktów swojej ziemi i zagród, a także z biegłości kucharzy.
Posiłek mnichów przebiegał jak zwykle w milczeniu, a porozumiewano się między sobą wyłącznie naszym zwykłym alfabetem palców. Nowicjusze i mnisi młodsi obsługiwani są wcześniej, w miarę jak dania przeznaczone dla wszystkich schodzą ze stołu opata. [...]
Lecz jak rzekłem, przy stole opata dozwolona była pewna swoboda, i zdarzało się nam chwalić dania, które podawano, sam opat zaś sławił swoją oliwę i wino. A raz, nalewając do kielichów, przypomniał nam te ustępy reguły, w których święty fundator zauważył, że wprawdzie wino nie przystoi mnichom, ale skoro w naszych czasach nie da się przekonać mnichów, by nie pili, niechaj chociaż nie piją na umór, ponieważ wino skłania do apostazji nawet mędrców, o czym przypomina Eklezjastyk. Benedykt powiedział: „W naszych czasach”, i miał na myśli swoje, dzisiaj jakże już odległe: wystawmy sobie, jak to musiało być w dniach, kiedy wieczerzaliśmy w opactwie, po takim upadku obyczajów (i nie mówię już o czasach moich, kiedy piszę te słowa, wspomnę tylko, że tutaj, w Melku, największą pobłażliwość znajduje piwo!); w sumie piło się bez przesady, ale nie bez ochoty.
Jedliśmy pieczone na rożnie mięsiwo dopiero co ubitych wieprzków, i spostrzegłem, że do innych pokarmów nie stosowało się tłuszczu zwierzęcego ani oleju z rzepaku, ale dobrą oliwę, wytłoczoną z oliwek zebranych na ziemiach, które opactwo miało u stóp góry na stoku zwróconym w stronę morza. Opat dał nam skosztować (zastrzeżonego dla jego stołu) kurczaka, którego przygotowywano w kuchni na moich oczach. Zauważyłem, a była to rzecz nader rzadka, że miał też metalowe widełki, które kształtem przypominały mi okulary mojego mistrza; szlachetnego rodu człek, jakim był nasz gospodarz, nie chciał zbrukać sobie rąk pokarmem, a i nam użyczył swojego narzędzia, przynajmniej, byśmy zabierali nim mięsiwo z wielkiego półmiska i składali na naszych misach. Ja odmówiłem, ale Wilhelm przyjął wdzięcznie i biegle posługiwał się tym pańskim przyrządem, być może, by nie pokazać opatowi, iż franciszkanie są osobami skąpo wykształconymi i skromnego pochodzenia.

poniedziałek, 07 września 2009

Ostatni  raz  "Greka Zorbę" czytałem  pewnie  ze 20 lat  temu i ogromnie żałuję, że powrót do tej lektury trwał aż tak  długo. Powieść Nikosa Kazantzakisa należy  do niesmiertelnych, ale  także zupełnie ponadczasowych, bo nie zestarzała  się ani o jotę. Książkę powinien przeczytać  każdy, kto poszukuje  celu w swoim życiu i zadaje sobie wiele trudnych (tylko z pozoru)  egzytencjalnych pytań. Aleksis  Zorba ma na nie  wszystkie odpowiedź. W prostych, logicznych słowach tłumaczy on najbardziej skomplikowane i zawiłe  zjawiska  jakie zachodzą w świecie i nie sposob odmøwić  mu w większości przypadków  racji. To co jest w książce najcenniejsze, to zachęta aby  cieszyć  się każdą  chwilą jaką daje nam los, bo życie ucieka niepostrzeżenie ale i bezpowrotnie. I nawet  jeśli nasze plany, od których zależy tak  wiele w naszym życiu, legną w gruzach - jak kolejka linowa  Zorby - wciąż nie jest to powód do lamentu a jedynie kolejne  życiowe  dośwadczenie i  jesli  mimo  to wciąż smutek  wygrywa  z radością.... nie pozostaje nic innego jak tylko zatańczyć.
Zorba  kilka  razy filozofuje w powieści także na temat potrzeby i sensu jedzenia. Poniżej  jedna  z jego ciekawszych  myśli na ten temat.....

Na tym wybrzeżu po raz pierwszy zaznałem rozkoszy jedzenia. Wieczorem Zorba rozpalał ogień między dwoma kamieniami i przygotowywał posiłek. Kiedy siadaliśmy do jedzenia i picia, rozmowa się ożywiała. Zrozumiałem wreszcie, że jedzenie także jest aktem duchowym, a mięso, chleb i wino stanowią tę podstawową materię, z której powstaje duch.
Po całym dniu pracy tuż przed posiłkiem Zorba nie miał humoru, odzywał się cierpko, musiałem wyciągać z niego słowa. Ruchy miał ociężałe i pozbawione wdzięku. Ale wystarczyło, aby - jak mawiał - dorzucić węgla do kotła, a cała zgrzytająca, rozstrojona maszyneria jego ciała ożywała, nabierała rozmachu i zaczynała pracować. Oczy jego błyszczały, myśli rozpierały go, a u stóp wyrastały mu skrzydła, które porywały go w tan.
- Powiedz mi, co robisz z jedzeniem, które spożywasz, a powiem ci, kim jesteś. Jedni przerabiają je na tłuszcz i nawóz, inni na pracę i zabawę, jeszcze inni - jak słyszałem - na boskość. Istnieją więc trzy rodzaje ludzi. Ja, szefie, nie należę do najgorszego z nich ani do najlepszego. Jestem pośrodku. To, co jem, przerabiam na pracę i dobry humor. To nie jest najgorsze.
Spojrzał na mnie chytrze i roześmiał się.
- A ty, szefie, jak myślę, usiłujesz przekształcać jedzenie w boskość, ale ci się to nie udaje, więc się męczysz. Spotkało cię to, co koguta.
- A co z tym kogutem, Zorbo?
- Widzisz, kogut chodził sobie godnie, jak przystało na koguta. Aż pewnego dnia zachciało mu się naśladować gołębia. Odtąd zapomniał biedak swego własnego chodu. Wszystko mu się pomieszało, widzisz? Kuśtyka


Powieść Nikosa Kazantzakisa "Grek Zorba" właśnie wznowiono i można  ją dostać w księgarni Merlin, skąd także pochodzi zdjęcie okladki książki.

piątek, 28 sierpnia 2009

Książka Stanisława Grzesiuka to opowieść wstrząsająca do głębi. Pokazuje ona jak kruchą cywilizację udało nam się stworzyć mimo tysięcy lat jej trwania. Oto jeden z najbardziej cywilizowanych narodów Europy, który wydał na świat Mozarta, Beethovena, Hegla, Leibnitza, Plancka, Heideggera i całą armię innych pierwszorzędnych luminarzy kultury w oka mgnieniu przemienia się w bandę największych barbarzyńcow jakich widział świat. Nigdy nie zrozumiem tego fenomenu....

Stanisław Grzesiuk 5 lat spedził w obozach koncentracyjnych, w których systematycznie i  z niemiecka precyzją degenerowano człowieka, pozbawiając go godności, upadlając, nieustannie bijąc, by wreszcie zmniejszając ilość i jakość jedzenia doprowadzić do śmierci, która trwała czasem tygodniami. Wolność znała tylko jedną drogę - przez komin krematorium a Bóg - wstrząśnięty i przerażony tym co zobaczył zaniemówił z wrażenia i kilka lat trwał w osłupieniu nie mogąc uwierzyć, że stworzona na jego podobieństwo kreacja, jest zdolna do takiego bestialstwa.

Wiem, że niektórym prezentowany przeze mnie poniżej cytat z książki niezbyt przypadnie do gustu - bo jest on w stanie zepsuć gotowy do weekendu nastrój.... Ale myślę, że nie powinniśmy zamykac oczu na coś, co wydarzyło się tak niedawno... I w dobrych czasach w jakich żyjemy teraz, powinniśmy pamiętać o tych, co dla kawałka  jedzenia, które tak często ląduje w śmietnikach - ryzykowali życie.

Zdobywanie głąbów odbywało się w ten sposób, że trzeba było podejść do kupy odpadków wyrzucanych z kuchni, która to kupa znajdowała się kilkanaście metrów od linii posterunków i stanowiska najbliższego posterunku. Tuż obok stały otwarte szopy, w których mieściły się przez nikogo nie pilnowane magazyny z żelazem. Były tam takie różne grube i cienkie rury, pręty, płaskowniki i wszelkie inne żelazne śmieci. Między jedną taką szopą a najbliższym posterunkiem znajdowało się usypisko odpadków wysoce użytkowych - jak bym to nazwał. Odpadki te leżały kilka metrów od rogu szopy, a kilkanaście metrów za nimi stał posterunek z karabinem. Amator głąbów wychylał się lekko zza rogu szopy i zwracał się do esesmana, czy pozwoli podejść do kupy odpadków. Ten znów albo nie odpowiadał wcale, albo zezwalał, albo też nie zezwalał. Jeśli nie zezwalał, to jasne było, że podejść nie można, lecz jeśli zezwolił albo patrzył zobojętną miną, tak jakby to nie do niego się mówiło, należało ryzykować. Podchodził taki bardzo wolno, przygotowany do natychmiastowego uciekania do tyłu, i gdy znalazł się już na miejscu, szybko ładował głąby do kieszeni. I tu niektórych gubiła zachłanność.
Taki głodniak, jak już dorwał się, to chciał nabrać jak najwięcej, esesman zezwolił, nic nie mówi, można spokojnie wybierać. Spuszczał wtedy esesmana z oczu, a ten tylko na taki moment czekał. Podrywał szybko karabin, ktoś zza szopy krzyknął nieraz ostrzegawczo i sam krył się za rogiem. Strzał - chłopak gotów. Trafić z kilkunastu metrów nie było trudno. Nawet gdy taki usłyszał ostrzegawcze krzyknięcie, to wpierw spojrzał, czego ma się strzec, i już za późno było na ucieczkę.
Stefan i ja opracowaliśmy “naukowy” plan wybierania głąbów. Tak jak inni zapytywaliśmy, czy można podejść. Gdy milczał lub zezwolił - przyczajonym do ucieczki krokiem podchodziliśmy do śmietniska. Różnica polegała na tym, że nie wierzyliśmy esesmanowi i głąby wybieraliśmy po omacku, jak niewidomi, bo oczu nie spuszczając z wartownika, a w tym czasie pozycja nasza przypominała człowieka gotowego do startu w odwrotnym kierunku, czyli do szopy, do której nie było więcej jak 6 metrów.
Drugim, tak samo ważnym punktem naszej metody było to, że nie podchodziliśmy po głąby, choćby nas wartownik nawet zapraszał - gdy trzymał on karabin pod pachą. Poderwać z takiej pozycji karabin i strzelić - to przecież tylko moment, ale gdy trzyma karabin zawieszony przez ramię, na plecach, wtedy już musi zrobić dużo ruchów. I gdyby taki chciał strzelać, to nim zdejmie z pleców karabin, to ja już jestem za szopą. Kilka razy chcieli strzelać do mnie, lecz gdy on zrobił tylko pierwsze drgnienie ręką, ja już byłem za szopą.

"Pięć lat kacetu" Stanislawa Grzesiuka moźna dostać w księgarni Merlin, skąd wziąłem zdjęcie okładki.

Zdjęcie St. Grzesiuka pochodzi z blogu: http://syrenigrod.fotolog.pl/


piątek, 14 sierpnia 2009

Kończę właśnie czytać "Spis cudzołożnic" - niewielką książeczkę absolutnego mistrza słowa i groteski - Jerzego Pilcha. Jest  to żegluga do świata, którego już nie ma, a który kwitł  z oszałamiajacą intensywnością purnonsensu jeszcze ćwierć wieku temu. To wędrowka  po Krakowie gotowym już na dziejową przemianę  ale wciąż po kolana tkwiącym w niewyschłym jeszcze błocie poprzedniej epoki komunistycznych włodarzy. Anoushka w swoim blogu przywołała smak jagodzianek  z Bazaru Różyckiego, a książka Pilcha tylko spotęgowała chęć przypomnienia sobie innych smaków z tamtych czasów, które utkwiły gdzieś w zakamarkach pamięci.

Indiański koktajl Orinoko, wielki przysmak Gustawa, był mieszaniną (pół na pół) ziołowego likieru z koniakiem albańskim. Te dwa trunki zawsze znajdowały się w domu. Likier sporządzała matka; był to jeden z jej rytualnych produktów (obok rolady z poziomkami, zupy cebulowej i bitek wołowych). Koniak albański natomiast był domeną ojca. Kupowany na wypadek, gdyby ktoś niespodziewanie przyszedł, stał w kredensie - niejako w pogotowiu. Na ogół nikt nie przychodził. Gdy jednak wyjątkowo ktoś zaszedł, ojciec nadawał swej twarzy wyraz zawsze przygotowanego na wszystko konesera, któremu nieobce są najwymyślniejsze
formy życia towarzyskiego, i powściągliwie, choć nie bez oznak tryumfu tu i ówdzie eksplodującego w jego ruchach, wyciągał z kredensu kieliszki i butelkę.
Gustaw mieszał oba trunki we wspomnianych proporcjach, wlewając je na przemian do butelki po oranżadzie, która w pewnym sensie stanowiła jeszcze jeden paradoksalny - składnik Orinoka. Czy trzeba być rasowym gdańskim epikiem, by wiedzieć jak na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wyglądała butelka oranżady, jak była zamykana i jaki oranżada miała smak i kolor? Gomułka na kolejnym plenum ostrzegał przed wilczą naturą imperializmu niemieckiego albo wygłaszał referat o trudnościach na rynku mięsnym i podnosił do ust szklankę z oranżadą (matką herbavitu). Była to jego oranżada (kaczeńce Bieruta, oranżada Gomułki) - czuł jej mus, jej smak, jej lepkość; oranżada delikatną pozłotą maściła gardło pierwszego sekretarza. A osad znajdujący się na dnie, esencja cukru, czy lepiej: zielonkawy szkielet cukru, majaczący we wnętrzu każdej butelki niczym profil miniaturowego żaglowca, stawał się jakby dodatkowym składnikiem Orinoka; łagodził jego tropikalny zapach i smak i wpływał zapewne na kolor, choć Gustaw tego już nie wie.
Nigdy nie widział, jaki jego Orinoko ma kolor, popijał zawsze wprost z butelki, butelki zaś dobierał wyłącznie z ciemnego szkła - łatwiej było je ukryć wśród zabawek. Powolnym ruchem unosił szkło do światła, patrzył w zamyśleniu, jak pływają w topieli słodkowodne błyski, raczył się drobnymi łykami, mlaskał, wodził po podniebieniu językiem, po czym żuł ziarnka kawy i natkę pietruszki, by usunąć woń alkoholu. Wpatrywał się i wpatrywał w topiel Orinoka, i bawił się, sam się bawił w co najmniej
pięćdziesięcioosobowy bankiet.

czwartek, 06 sierpnia 2009

Nie ulega najmniejszej dyskusji, że Bohumil Hrabal to wielki pisarz. Trudno też mi wskazać, która z jego książek jest moją ulubioną. Najlepiej wskazać wszytkie.. :) Wybór jest jednak prosty, gdy szuka się tej książki, która więcej miejsca poświęciłaby kulinariom. Jest to oczywiście wspaniała powieść "Obsługiwalem angielskiego króla". Ponieważ wybrałem dość długi cytat - nie będę już zanudzał wstępem. Przejdźmy niezwłocznie do powieści i.... miłej zabawy :)

Do Czech przyjechał z kurtuazyjną wizytą cesarz Abisynii Hajle Selasje. Aby uczcić przyjazd gościa, przygotowuje się wspaniałą ucztę...

Dzień wcześniej, dzień przed tą biesiada, przyjechali ci kucharze  z tłumaczem. Cali byli czarni i lśnili, ale bylo im zimno. Nasi kucharze mieli być pomocnikami, na co szef kuchni nadąsał  się, odwiązał fartuch i poszedł  sobie obrażony.
Ale to nic. Ci kucharze  z Abisynii, zaczęli gotować kilkaset jajek na twardo i śmiali się przy tym szczerząc  zęby. A potem przywieźli 20 indyków i piekli je w  naszych piekarnikach, a w wielkich misach rozrobili jakieś nadzienie, do ktorego potrzebowali 30 koszów bułek i garściami sypali do niego przyprawy i pietruszkę, którą przywieźli na taczce. Nasi kucharze ją posiekali i wszyscy byli ciekawi, co teraz  te czarne chlopaki zrobią.
Od czasu do czasu chciało im sie pić, więc nosiliśmy im pilzneńskie piwo, które oni wychwalali i dawali nam kosztować ichniego likieru. Z jakichś traw  toto bylo, takie odurzające i pachnące  pieprzem i mielonym zielem angielskim.
A potem tośmy się wystraszyli, bo kazali sobie przywieźć dwie wypatroszone antylopy, które wcześniej kupili w ZOO. Szybko je oprawili i piekli te antylopy w największych jakie ze obą wzięli rondlach. Rzucali pod nie całe kostki masła, sypali z woreczków te swoje przyprawy,  a myśmy musieli otworzyć wszystki okna, bo tyle się tam narobiło pary. Potem wkładali do antylop na wpół upieczone indyki z nadzieniem, wolne miejsca wypełnili setkami jajek na twardo i piekli to wszystko razem.
A później cały hotel o mało nie zasłabł z wrażenia i nawet samego szefa strach obleciał, bo na coś takiego nie był przygotowany. Kucharze przywieźli przed hotel żywego wielbłąda i chcieli go tam zaszlachtować. A tegośmy się właśnie obawiali. Tyle, że tłumacz uprosił pana Breidensa, bo zjawili się dziennikarze i oni sprawili, że nasz hotel stał sie punktem zainteresowania prasy.
Więc związano tego wielbłąda, który całkiem cienko i wyraźnie pobekiwał: "nieeee, nieeeeee". Znaczy, żeby go nie podżynali, ale jeden kucharz zarżnął go kuchennym nożem i podwórze zrobiło się pełne krwi.
Już wędrował wielbłąd nogami w górę a oni już go wybebeszali nożem, a potem już bez nóg wyfiletowali - podobnie jak wcześniej antylopy. I przywieźli trzy wozy drewna. Szef musial wezwać strażakow, którzy stali z sikawką i patrzyli jak ci kucharze szybko złożyli ogień: takie duże ognisko jak do wyrobu węgla drzewnego. A kiedy ogień przygasł i zostały rozrzażone węgle, obracali rożno na trójnogu, opiekając  wielbłąda w całości. Jak już byli z tym prawie gotowi, władowali do wielbłąda dwie antylopy, w których  w charakterze nadzienia były indyki a w nich też już było nadzienie i jeszcze ryby. W puste miejsca wpakowali jajka, ciągle sypiąc te swoje przyprawy i pijąc piwo, bo wciąż im było zimno.

czwartek, 30 lipca 2009

"Wyspy na Golfsztromie" czytałem w swoim życiu wiele razy. Po raz pierwszy, bedąc chłopcem jeszcze, wchłaniałem obrazy morskich podroży po egzotycznych Karaibach (wtedy poznalem tajemnicze słowo daiquiri). Później zazdrościłem głównemu bohaterowi sposobu w jaki "marnuje" swój czas gdzieś pomiędzy spelunkami Hawany a połowami na marlina ( hmmmm... chyba wciąż mu zazdroszczę). Na koniec  zacząłem szukać w książce tego, czego zwykle  się w książkach szuka: odpowiedzi na odwieczne pytanie o sens wszystkiego w czym bierzemy udział.
"Wyspy na Golfsztromie" znów wskoczyły na mój kurs tym razem zupełnie przypadkiem. W radio ktoś wspomniał o tym, że właśnie minęła 110 rocznica urodzin Ernesta Hemingwaya (urodził  się 21 lipca, 1899 r.) i znów przez  moją głowę przemknęło jak zaklęcie to egzotyczne  słowo daiquiri (tym razem już dokładnie wiedziałem o co chodzi).
Hemingway był znany ze swojej pasji  do szukania natchnienia w alkoholowych libacjach (w czym pasuje trochę do poprzedniego przedstawianego przeze mnie autora - Jana Himilsbacha -  choć oczywiście kaliber wielkości - nie umniejszając Jankowi - zupełnie inny) a daiquiri było ulubionym drinkiem pisarza, wielokrotnie uwiecznianym w jego powieściach.

Pił następne lodowate daiquiri bez cukru i podniósł szklankę, ciężką i oszronioną, popatrzał na klarowną część pod zamrożonym wierzchem i przypomniało mu się morze. Zamrożona część napoju była jak szlak okrętu, a klarowna wyglądała jak woda, kiedy przecina ją dziób na płyciznach z marglowym dnem. Był to prawie dokładnie ten kolor.
- Chciałbym, żeby był trunek koloru wody morskiej, kiedy ma się głębokość ośmiuset sążni i jest martwa gładź, słońce pada pionowo, a morze jest pełne planktonu - powiedział.
- Co?
- Nic. Wypijmy ten drink płytkowodny.


Hemingway aby nie marnować czasu na częste zamawianie, zawsze prosił o podwójne daiquiri (koniecznie bez cukru) i z czasem znajacy go dobrze barman w barze "Floridita" zaczął taki drink nazywać jego imieniem i nawet umieścił w karcie napojów. Niestety przekręcał je w paskudny sposób nazywając  drink E.Hemoway Special a poprawianie na niewiele sie zdało. W końcu zdesperowany barman zaczął nazywać drink Papa Doble i tak zostało do dziś.

To mrożone daiquiri, tak dobrze wymieszane, wygląda jak morze, kiedy fale rozwierają się przed dziobem statku robiącego trzydzieści węzłów. Jak myślisz, że wyglądałyby mrożone daiquiri, gdyby były fosforyzujące?
- Można dodać do nich fosforu. Ale nie sądzę, żeby to było zdrowe. Ludzie na Kubie czasami popełniają samobójstwo zjadając fosfor z łebków zapałek.


Drink sklada  sie głównie z rumu Bacardi, soku limonki i połowy grapefruita. Oryginalne daiquiri jest słodzone syropem z cukru trzcinowego ale wielki pisarz nie lubil cukru i  doprawiał swojego drinka odrobiną likieru Luxardo Maraschino, którego nie da się zamienić niczym innym, bo ma on niezwykle charakterystyczny smak (likier produkuje się we Włoszech i można go dostać w dobrze  zaopatrzonych sklepach monopolowych lub kupić w internecie). Całość miksowano z wiórkami lodowymi w elektrycznym blenderze (dlatego drink wyglądał jak morska woda pieniąca się pod dziobem okrętu). Hemingway potrafił wypić 15-16 takich drinkow za jednym posiedzeniem, co robi wrażenie, bo każdy taki drink zawierał przynajmniej "setkę" czystego rumu.

Pił podwójne mrożone daiquiri, te duże, które robił Constante i które nie miały smaku alkoholu, i kiedy się je piło, dawały takie poczucie jak wówczas, gdy zjeżdża się na nartach z lodowca po śnieżnym puchu, a po szóstym i ósmym przypominały taki zjazd, kiedy się szusuje bez ubezpieczenia.

Dlatego można być pewnym, że po takiej ilości alkoholu, nawet po 110 latach od urodzin duch pisarza wciąż krąży za karę gdzieś pomiędzy Miami a Hawaną, czekając aż wytrzeźwieje by wstąpić do literackiego raju.

- Jeszcze jedno podwójne mrożone daiquiri, absolutnie bez cukru, i to, co sobie życzy Don Ignacio - powiedział Thomas Hudson do Pedrika. Pedrico obdarzył ich uśmiechem i drinkiem.
Postawił przed Thomasem Hudsonem mikser, w którym na dnie była co najmniej jeszcze jedna cała porcja daiquiri.
- Mógłbym panu to robić cały dzień - powiedział Thomas Hudson do Ignacia.
- Straszne jest to, że chybaby pan mógł.

(Zdjęcia: Magazyn "Life" i Wikimedia)

piątek, 24 lipca 2009

Jest to zbiór opowiadań sławnego aktora - Jana Himilsbacha - które po śmierci artysty znalazła w kanapie jego żona Basica. Opowiadanie tytułowe miało być w zamyśle dramatem teatralnym opartym na wątkach  autobiograficznych. Główny bohater - Staszek (który jest także narratorem sztuki) - jest grabarzem. Uczestnicząc w siedmiu pogrzebach ma za sobą ciężki dzień w pracy i z kolegą udaje się do baru na zasłużony relaks...


Narrator: Zmęczony jestem....
Piwowar: To może po małym?
Narrator: A forsę masz??
Piwowar: Mam pare zlotych... Do Skrzypaczkowej czy pod piszczele??
Narrator: Może być pod piszczele. Bliżej.

Ostry dźwięk dzwonka  zawieszonego nad drzwiami i nagły gwar podnieconych głosów męskich.

Głosy: O!!! Przyszedł Piwowar! Piwowar - siadajcie  do naszego stolika. Jest miejsce!
Piwowar: Dajcie dojść  do baru jak bozię kocham...
Głosy: Przejście dla Piwowara!
Bufetowa: Co dla panów?
Piwowar: Lornią i meduzę.
Bufetowa: Tzn. po małej i raz nóżki?
Piwowar: Zgadła pani.
Bufetowa: Już się robi.

Brzęk szkła o szynkwas, nalewanie wódki do kieliszków.

Piwowar: Nowa. Przysłali ją. Pojutrze będzie dwa dni jak tu pracuje.
Narrator: A już kradnie! Piwowar powiedz jej, żeby sprawiła sobie okulary jak niedowidzi! Niech doleje do kieliszków!
Piwowar: Daj jej spokój. Ona też musi z czegoś żyć. Pijemy!

Brzęk szkla. Harmonia gra nieprzerwanie jedną i tę samą melodię "Zabawy podmiejskiej"

Narrator: Żeby człowiek wiedzial przedtem, zanim wstąpi do baru, że wypije litra na głowę pod jedną marynowaną śliwkę, to nawet rodzonemu ojcu nie pozwoliłby się namówić na wódkę.... Nie pamiętam jak wyszedłem z baru.


Nie podaje linku do żadnej księgarni, bo książka obecnie nigdzie nie jest do nabycia. Nie podaję też linku do wydawnictwa bo moj antywirus  z googli przed tym przestrzega widząc tam jakiegoś trojana...

:)


piątek, 17 lipca 2009

Lubię czytać, pomyślałem więc, że skoro mam tego kulinarnego bloga, to może jakimś urozmaiceniem w nim będą fragmenty czytanych przeze mnie książek. Oczywiście te, które dotyczą gastronomii. Na tapecie mam teraz "Król kier znów na wylocie" Hanny Krall. Wstrząsająca ale i piękna książka. Pozwala wiele  zrozumieć i może troszkę inaczej spojrzeć na własne życie.

Trwa II Wojna Światowa. Młodej warszawskiej Żydówce - Izoldzie - cudem udaje się uzyskać przepustkę na podróż do Wiednia.  Jej mąż siedzi w obozie  Mauthausen i chce być bliżej niego. To jej jedyny cel, bo Izolda nie ma już nikogo oprócz niego. Patrząc na okropności wojny, na umierających z głodu ludzi w gettcie, na łapanki, wreszcie zagładę getta, śmierć własnych rodzicow i teściów -  zaszczuta jak ścigane zwierzę - traci poczucie strachu. Wie tylko, że zrobi wszystko by być bliżej swojego męża. Trzyma się tej myśli uporczywie, nadaje ona jedyny sens jej życiu i pozwala przetrwać. Jest lato 1944 r. Warszawa szykuje się do powstania. Izolda wysiada na stacji we Wiedniu i wchodzi  w świat kompletnie inny od tego jaki zostawiła w Polsce...

"Wiedeńskie dzieci biegną z tornistrami do szkół. Wiedeńscy piekarze niosą skrzynki z bułkami. W kawiarniach podają prawdziwą mokkę, a w restauracjach wiedeńskie śniadania - tyle, że na parówki trzeba mieć kartki żywnościowe. Kelnerzy wycinają kupony, małymi zgrabnymi nożyczkami, które wiszą im u pasa na łańcuszkach. Kartki - jeśli trzeba - kupuje się na czarnym rynku na Mexico Platz.
Kelner u Sachera poleca ich sławny tort a stałym gościom cierpliwie tłumaczy, że toczy się spór o nazwę Tort Sachera. Z tym, że on osobiście nie wątpi - sąd przyzna prawo do nazwy wyłącznie kuchni hotelowej. Wojnę czuje się dopiero wieczorem. Okna są zasłonięte i nie oświetla się ulic....."

Tort Sachera do dziś jest dumą wiedeńskiego hotelu o tej samej nazwie. Więcej na ten temat można znaleźć na stronie hotelu: http://sachertorte.sacher.com/en-original-sacher-tart.htm