piątek, 14 sierpnia 2009

Moja koleżanka Patty z upodobaniem i pasją co roku sadzi rozmaite gatunki papryki w swoim ogródku. Jej plony są zazwyczaj tak obfite, że kilka razy w ciągu lata dostaję siatkę dorodnej papryki w rozmaitych kształtach, kolorach i gatunkach. Żeby jednak zjeść większość z nich, trzeba mieć - jak Jo.hanna - gardło z azbestu :)))).

Lato jest kiepskie w New Jersey tego roku. Pomidory miały 2 tygodnie spóźnienia a papryki wciąż nie chcą się czerwienić. Dlatego wszystkie, które dostałem są zielone jak flaga PSL-u....

Nazwy zostawiam oryginalne - tutejsze. Polskie zamienniki mile widziane :))

1. Cherry Pepper

2. Beaver Dam

3. Hot Banana

4. Jalapeno

5. Yellow Hungarian

6. Green Bell Pepper

18:02, desmond108
Link Komentarze (8) »

Kończę właśnie czytać "Spis cudzołożnic" - niewielką książeczkę absolutnego mistrza słowa i groteski - Jerzego Pilcha. Jest  to żegluga do świata, którego już nie ma, a który kwitł  z oszałamiajacą intensywnością purnonsensu jeszcze ćwierć wieku temu. To wędrowka  po Krakowie gotowym już na dziejową przemianę  ale wciąż po kolana tkwiącym w niewyschłym jeszcze błocie poprzedniej epoki komunistycznych włodarzy. Anoushka w swoim blogu przywołała smak jagodzianek  z Bazaru Różyckiego, a książka Pilcha tylko spotęgowała chęć przypomnienia sobie innych smaków z tamtych czasów, które utkwiły gdzieś w zakamarkach pamięci.

Indiański koktajl Orinoko, wielki przysmak Gustawa, był mieszaniną (pół na pół) ziołowego likieru z koniakiem albańskim. Te dwa trunki zawsze znajdowały się w domu. Likier sporządzała matka; był to jeden z jej rytualnych produktów (obok rolady z poziomkami, zupy cebulowej i bitek wołowych). Koniak albański natomiast był domeną ojca. Kupowany na wypadek, gdyby ktoś niespodziewanie przyszedł, stał w kredensie - niejako w pogotowiu. Na ogół nikt nie przychodził. Gdy jednak wyjątkowo ktoś zaszedł, ojciec nadawał swej twarzy wyraz zawsze przygotowanego na wszystko konesera, któremu nieobce są najwymyślniejsze
formy życia towarzyskiego, i powściągliwie, choć nie bez oznak tryumfu tu i ówdzie eksplodującego w jego ruchach, wyciągał z kredensu kieliszki i butelkę.
Gustaw mieszał oba trunki we wspomnianych proporcjach, wlewając je na przemian do butelki po oranżadzie, która w pewnym sensie stanowiła jeszcze jeden paradoksalny - składnik Orinoka. Czy trzeba być rasowym gdańskim epikiem, by wiedzieć jak na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wyglądała butelka oranżady, jak była zamykana i jaki oranżada miała smak i kolor? Gomułka na kolejnym plenum ostrzegał przed wilczą naturą imperializmu niemieckiego albo wygłaszał referat o trudnościach na rynku mięsnym i podnosił do ust szklankę z oranżadą (matką herbavitu). Była to jego oranżada (kaczeńce Bieruta, oranżada Gomułki) - czuł jej mus, jej smak, jej lepkość; oranżada delikatną pozłotą maściła gardło pierwszego sekretarza. A osad znajdujący się na dnie, esencja cukru, czy lepiej: zielonkawy szkielet cukru, majaczący we wnętrzu każdej butelki niczym profil miniaturowego żaglowca, stawał się jakby dodatkowym składnikiem Orinoka; łagodził jego tropikalny zapach i smak i wpływał zapewne na kolor, choć Gustaw tego już nie wie.
Nigdy nie widział, jaki jego Orinoko ma kolor, popijał zawsze wprost z butelki, butelki zaś dobierał wyłącznie z ciemnego szkła - łatwiej było je ukryć wśród zabawek. Powolnym ruchem unosił szkło do światła, patrzył w zamyśleniu, jak pływają w topieli słodkowodne błyski, raczył się drobnymi łykami, mlaskał, wodził po podniebieniu językiem, po czym żuł ziarnka kawy i natkę pietruszki, by usunąć woń alkoholu. Wpatrywał się i wpatrywał w topiel Orinoka, i bawił się, sam się bawił w co najmniej
pięćdziesięcioosobowy bankiet.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Mimo, że chili jest wymysłem teksańskim, to podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy stworzonych w Teksasie u jej początków byli hiszpańscy kolonizatorzy. Potrawa ta ewoluowala przez lata i zyskała niezwykłą popularność a także dzisiejszy kształt w czasach Wielkiej Depresji, kiedy to wraz z hamburgerem pomagała przetrwać chude lata największego w historii USA kryzysu ekonomicznego.


Chili to rodzaj wołowego gulaszu, zagęszczanego kruszonymi krakersami, przez co nie tylko pożywnego ale także łatwego do zrobienia. Wielu osadników samotnie podążających w swoich wozach na zachód kontynentu, miało niewielkie pojęcie o tym jak gotować. Dlatego chili była dla nich wybawieniem. Niektórzy osadnicy w gotowaniu chili doszli do takiej wprawy, że zamiast osiedlać się gdzieś na bezkresnych preriach, zatrzymywali się w pierwszym napotkanym miescie i zakładali w nim punkt gastronomiczny sprzedający chili.
Chili to elastyczna potrawa. Można ją przygotować na ostro tak, że ma się wrażenie że przepali  przełyk na wylot, może także być delikata i łagodna. Wszystko zależy od umiejętności kucharza i wymagań klienteli.
Głównym składnikiem chili jest oczywiście mięso i może być to mięso ze wszystkiego co żywi się trawą.
W południowym Teksasie będzie to wołowina a gdzie indziej także baranina. Robi się chili nawet z kurczaka ale ten, kto zrobiłby rybne chili - dostałby  kulką z rewolweru między oczy. Każda tolerancja ma swoje granice.
To co odrożnia chili od gulaszu to papryka. W Teksasie uprawia się ogromną ilość papryki o najrozmaitszych kolorach, kształtach i stopniach ostrości. Pozwala to na skomponowanie chili w niezwykle szerokiej gamie smaków, pomagając sobie przy tym cebulą, czosnkiem, kminkiem i oregano. Popularność chili w Teksasie jest tak ogromna, że organizuje się tu  (podobnie jak w przypadku BBQ) mistrzostwa mające  wyłonić najlepsze chili w danym roku.
Kontrowersyjnym składnikiem chili jest natomiast fasola. Dyskusje nad jej użyciem są tak zażarte, że czasami kończą się zwykłą bijatyką. Jedni uważają, że fasola wzbogaca chili a inni że wręcz przeciwnie, ze to to samo co napluć na podłogę w kościele.  Często idzie się więc  na kompromis  i fasolę podaje się razem z chili, ale w osobnym naczyniu.
Stolicą chili jest miasteczko Terlingua, gdzie odbywa  się najważniejszy teksanski festiwal poświęcony tej potrawie. Na festiwal zjeżdża tysiące gości, a w ślad za nimi ciągną wielkie beczkowozy z piwem -  bo pikantna potrawa wymaga częstego gaszenia  pragnienia. Podobno z tego powodu poziom w pobliskiej, granicznej rzece Rio Grande, na czas festwalu podnosi się o pół metra.
Ostrość chili mieści się w trzech głównych rejestrach. Łagodne chili to chili "smaczne jak skurczybyk". To środkowe  jest już "sukinsyńsko dobre" a to najostrzejsze z tajemniczych powodów nazywa się "dżentelmenem z Odessy". Każdy kto pyta skąd taka nazwa, powinien zjeść miskę chili ostrego jak paliwo rakietowe i potem już wie co to znaczy...
Chili jest dla Teksanczyków jest tak wielkim przysmakiem, że niektóre fundamentalistyczne kościoły obłożyły jedzenie tej potrawy klątwą, nazywając ją zupą diabła. Nic  dziwnego zatem w tym, że znakomite chili w parafiach pozwalających na jedzenie potrawy - określa się przedsionkiem nieba.


środa, 12 sierpnia 2009

Pomimo, że mój blog wciąż jest pierwszej młodości, został przez niektórych bloggerów zauważony i tak oto stałem się laureatem nagrody Kreativ Blogger. I to dwukrotnie!!!

Fakt to ogromnie sympatyczny i na dodatek mile głaszczący próżność, niesie jednak ze sobą pewne obowiązki. Jednym z nich jest przedstawienie na swoim blogu osoby, która przyznała  nagrodę, co za chwile  uczynię z wielka przyjemnością. Inne to opowiedzenie coś o sobie i na koniec przedstawienie wybranych przez  siebie laureatów tej nagrody.

O sobie opowiadam na tym blogu ciągle i zapewne będę to robił w przyszłości, więc tworzenie  wydumanej listy jest bez  sensu (chyba, że ktoś ma jakieś konkretne pytania)  :)

Co do listy moich własnych laureatów - to uważam , że mój jak już wspomniałem - pierwszej młodości blog - nie upoważnia mnie jeszcze  do rozdawania nagród "Kreativ Blogger". Uważam nawet, że taka nagroda  może być  kłopotliwa a nawet w ekstremalnych przypadkach, może zirytować wybranego przeze mnie laureata....

Dlatego dziś - ośmielony sympatią bloggerek, ktore uznały "Gourmet" za kreatywny, przyznaję im w zamian własne nagrody. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

Nagroda: MÓJ ULUBIONY BLOGGER dla Viridianki z blogu Cioccolato Gatto


 

 

 

 

 

 

 

 

Nagroda: MÓJ ULUBIONY BLOGGER dla Dany z blogu Leśny Zakątek

06:02, desmond108
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Takie znalazłem na przydrożnym straganie i nie mogłem się oprzeć by nie zabrać ich ze sobą...

18:37, desmond108
Link Komentarze (12) »
niedziela, 09 sierpnia 2009

Zajrzałem do angielskiego sklepu spożywczego Edible. Zajrzałem oczywiście wirtualnie i jeśli coś ostatnio wspominałem o Indianie Jonesie i gastronomii to Edible jest z pewnością sklepem w którym powinien mieć on nie tylko kartę członkowską ale także otwarty kredyt.
Prawdopodobnie dumą sklepu jest to, że żadnego ze sprzedawanych tam artykułów nie można dostać w nawet najzasobniejszych światowych supermarketach, a nazwy działów przypominają raczej instytut biologiczny niż sklep.


Pierwszy z nich przeznaczony jest dla smakoszy owadów. Krótka informacja objaśnia, że owady są częścią ludzkiej diety od tysiącleci, a w ofercie można  znaleźć mrowki w polewie czekoladowej, pieczoną tarantulę, wódkę na skorpionach i curry ze świerszczy. Szczególnie zainteresował mnie miód szerszeni gigantów. Szerszenie te żyją w Japonii i są znane z tego, że ich organizm produkuje unikalny enzym, który podnosi  odporność i wytrzymałość w niezwykły wprost sposób. Podobno enzym ten zażywają japońscy sportowcy przed ważnymi zawodami.
W każdej 125 g buteleczce oferowanego miodu, znajduje sie zatopiony szerszeń, którego unikalny enzym rozpuszcza się w ten sposób w miodzie. Buteleczka miodu kosztuje ok 106 PLN (bez VAT-u).
W dziale afrodyzjaków można z kolei nabyć perłowego lizaka zrobionego z cukru trzcinowego, madagaskarskiej wanilii i mielonej perły. Taki lizak dla maksymalnego efektu, najlepiej lizać wspólnie z obiektem pożądania. Cena lizaka to już fraszka, bo zaledwie 17 PLN (również bez VAT-u)
Mięsożercy mogą  sobie zakupić w Edible tajskie curry z krokodyla lub pasztet z renifera, którego reklamuje sie jako kuzyna Rudolfa (tego z czerwonym nosem), wychowanego w Szwecji. Podobno najlepiej smakuje popijany kieliszkiem brandy. Za 190 g puszkę trzeba zapłacić 72 PLN (bez VAT-u i bez brandy).
W dziale ziołowym można natomiast nabyć najwyższej jakości zieloną herbatę zbieraną przez.... małpki. Producent  zapewnia, że małpki robią to dobrowolnie i z przyjemnością. Prawdziwym hitem tego działu jest superunikalna sumatrzańska kawa, zwana Kopi Luwak, której produkuje się zaledwie 500 kg rocznie. Unikalność tej kawy polega na tym, że jej owoce są zjadane przez niewielkiego drapieżnika zwanego kunołazem. Nasiona częściowo fermentuja w jego żołądku, a następnie są wydalane i zbierane przez tubylcow poczym wypalane. Kawa z takiego ziarna  ma podobno unikalny i jedyny w swoim rodzaju smak (akurat do tego, że unikalny, nie trzeba mnie przekonywać  brrrrrr.....). Cena  za 57 gramowa torebkę 106 PLN (wciąż bez VAT-u)
Wychodząc z wirtualnego sklepu (nadal pod wrażeniem kawy), obejrzalem jeszcze płyn do relaksacyjnej kąpieli, zrobiony z wydzieliny kaszalota, którą wielki ssak wypluwa (domyślam  się, że z obrzydzeniem) po zjedzeniu kałamarnicy. Wydzielina taka maceruje się miesiącami na słońcu, zanim morze wyrzuci ją na brzeg.  Dodanie jej do kąpieli relaksuje, uspokaja i podobno napełnia pięknym zapachem cały dom.... (hmmm....). 75 ml buteleczka specyfiku kosztuje 48 PLN (oczywiście bez VAT-u :) )
Ze sklepu wyszedłem z (wirtualnie) pustymi rękami.

Dla poszukiwaczy gastronomicznych przygód - link:
http://edible.com/shop/

Wpis ten nie ma na celu reklamy sklepu Edible. Pokazuje  jedynie niezbyt ortodoksyjną stronę ludzkiej konsumpcji.

19:26, desmond108
Link Komentarze (9) »
sobota, 08 sierpnia 2009

Są dwa miejsca na świecie, gdzie można dostać prawdziwą, klasyczną pizzę. Pierwsze to włoski Neapol a drugie to ... Nowy Jork.

Mieszkający od urodzenia na Bronxie Jeff Varasano, dobrą pizzę traktował jako coś oczywistego, aż do momentu, kiedy został służbowo przeniesiony do Atlanty w Georgii. Okazało się, że w całym mieście nie ma ani jednej restauracji, gdzie podawano by pizzę, która choćby w przybliżeniu smakowała jak ta w NYC.
Odkrycie to było nieoczekiwane i bardzo bolesne, bo pizza była ulubionym jedzeniem Jeffa Varasano. Postanowił więc wziąć sprawy we własne ręce i samemu upiec prawdziwa pizzę. Łatwiej to zamierzyć niż wykonać. Jeff spędził niemalże 6 lat na nieustannych eksperymentach w poszukiwaniu właściwego smaku klasycznej neapolitanskiej (bo taką najczęściej można dostać w NYC) pizzy margharita. Włoska pizza jest przykładem klasycznej równowagi pomiędzy niewielką ilością pomidorowego sosu,  rzadko rozrzuconych, pociętych kulek mozzarelli i tym co w niej najważniejsze: dobrze skomponowanym i upieczonym ciastem.

Poszukując perfekcji odwiedził on najsławniejsze pizzerie na świecie. Aby stworzyć smak pizzy doskonałej, wypróbował 50 rożnych gatunków mąki, przynajmniej 100 gatunków oliwy i kilkadziesiąt gatunków pomidorów.
Przy pieczeniu pizzy najważniejsza jest temperatura a tej właściwej nie da się osiągnąć w domowym piekarniku. Temperatura w piecu, w którym wypieka się pizzę sięga 540
°C, gdy tymczasem domowy piekarnik rzadko wyciąga 290° C.
Varasano zaczął manipulować przy swojej domowej kuchence i nożycami ogrodniczymi odciął z niej ogranicznik zabezpieczający piekarnik przed przekroczeniem temperatury 300
° C. Był wreszcie w stanie upiec prawdziwą pizzę. Przestrzega jednak przed pójściem w jego ślady. Któregoś dnia kropla sosu spadła na szybę rozgrzanego piekarnika i szyba eksplodowała  z hukiem. Innym razem kawałek małża, który był skladnikiem pizzy, zsunął  się z niej i z kamienia na którym leżała pizza - wprost na dno piekarnika. Małża natychmiast stanęła w ogniu tak gwaltownie, że przepaliła piekarnik na wylot.

Zwykle w komercyjnej pizzerni upieczenie pizzy zabiera nieco więcej niż kawdrans. W ceglanym piecu, w którym można osiągnąć temperaturę 540° C, to samo zajmuje zaledwie 2 min ale i tak jest to wieczność, bo w Neapolu podają pizzę już w 45 sek po włożeniu jej do pieca...
Zanim Varasano dojrzał do otworzenia własnej restauracji w Atlancie, upiekł w przerobionym, domowym piekarniku ok. 1000 pizz...  To przekonało go zupełne, że taka pizza może nadać sens życiu. Bez żalu porzucił znakomitą i doskonale płatną karierę specjalisty systemów komputerowych i poświęcił się bez reszty pieczeniu pizzy. W marcu tego roku otworzył w Atlancie własną pizzerię.

(na podst. Atlanta Journal Constituion, NYT i kanadyjskiego radia CBC, zdjęcia: AJC)

05:57, desmond108
Link Komentarze (10) »
piątek, 07 sierpnia 2009

Najnowsza  zdobycz......


06:20, desmond108
Link Komentarze (6) »
czwartek, 06 sierpnia 2009

Nie ulega najmniejszej dyskusji, że Bohumil Hrabal to wielki pisarz. Trudno też mi wskazać, która z jego książek jest moją ulubioną. Najlepiej wskazać wszytkie.. :) Wybór jest jednak prosty, gdy szuka się tej książki, która więcej miejsca poświęciłaby kulinariom. Jest to oczywiście wspaniała powieść "Obsługiwalem angielskiego króla". Ponieważ wybrałem dość długi cytat - nie będę już zanudzał wstępem. Przejdźmy niezwłocznie do powieści i.... miłej zabawy :)

Do Czech przyjechał z kurtuazyjną wizytą cesarz Abisynii Hajle Selasje. Aby uczcić przyjazd gościa, przygotowuje się wspaniałą ucztę...

Dzień wcześniej, dzień przed tą biesiada, przyjechali ci kucharze  z tłumaczem. Cali byli czarni i lśnili, ale bylo im zimno. Nasi kucharze mieli być pomocnikami, na co szef kuchni nadąsał  się, odwiązał fartuch i poszedł  sobie obrażony.
Ale to nic. Ci kucharze  z Abisynii, zaczęli gotować kilkaset jajek na twardo i śmiali się przy tym szczerząc  zęby. A potem przywieźli 20 indyków i piekli je w  naszych piekarnikach, a w wielkich misach rozrobili jakieś nadzienie, do ktorego potrzebowali 30 koszów bułek i garściami sypali do niego przyprawy i pietruszkę, którą przywieźli na taczce. Nasi kucharze ją posiekali i wszyscy byli ciekawi, co teraz  te czarne chlopaki zrobią.
Od czasu do czasu chciało im sie pić, więc nosiliśmy im pilzneńskie piwo, które oni wychwalali i dawali nam kosztować ichniego likieru. Z jakichś traw  toto bylo, takie odurzające i pachnące  pieprzem i mielonym zielem angielskim.
A potem tośmy się wystraszyli, bo kazali sobie przywieźć dwie wypatroszone antylopy, które wcześniej kupili w ZOO. Szybko je oprawili i piekli te antylopy w największych jakie ze obą wzięli rondlach. Rzucali pod nie całe kostki masła, sypali z woreczków te swoje przyprawy,  a myśmy musieli otworzyć wszystki okna, bo tyle się tam narobiło pary. Potem wkładali do antylop na wpół upieczone indyki z nadzieniem, wolne miejsca wypełnili setkami jajek na twardo i piekli to wszystko razem.
A później cały hotel o mało nie zasłabł z wrażenia i nawet samego szefa strach obleciał, bo na coś takiego nie był przygotowany. Kucharze przywieźli przed hotel żywego wielbłąda i chcieli go tam zaszlachtować. A tegośmy się właśnie obawiali. Tyle, że tłumacz uprosił pana Breidensa, bo zjawili się dziennikarze i oni sprawili, że nasz hotel stał sie punktem zainteresowania prasy.
Więc związano tego wielbłąda, który całkiem cienko i wyraźnie pobekiwał: "nieeee, nieeeeee". Znaczy, żeby go nie podżynali, ale jeden kucharz zarżnął go kuchennym nożem i podwórze zrobiło się pełne krwi.
Już wędrował wielbłąd nogami w górę a oni już go wybebeszali nożem, a potem już bez nóg wyfiletowali - podobnie jak wcześniej antylopy. I przywieźli trzy wozy drewna. Szef musial wezwać strażakow, którzy stali z sikawką i patrzyli jak ci kucharze szybko złożyli ogień: takie duże ognisko jak do wyrobu węgla drzewnego. A kiedy ogień przygasł i zostały rozrzażone węgle, obracali rożno na trójnogu, opiekając  wielbłąda w całości. Jak już byli z tym prawie gotowi, władowali do wielbłąda dwie antylopy, w których  w charakterze nadzienia były indyki a w nich też już było nadzienie i jeszcze ryby. W puste miejsca wpakowali jajka, ciągle sypiąc te swoje przyprawy i pijąc piwo, bo wciąż im było zimno.