wtorek, 08 września 2009

Wegetarianie uważają, że skoro w naszej jamie ustnej brak jest kłów  oznacza to, że jesteśmy w naturalny sposób przystosowani do jedzenia  pokarmów  roślinnych i nie powinniśmy jeść mięsa. Zwolennicy diety  opartej na surowych owocach i warzywach (tzw. raw food)  twierdzą, że nie powinniśmy gotować jedzenia, bo przez  to eliminujemy  z niego  niezwykle  ważne skladniki takie jak witaminy czy unikalne enzymy.

Jednak  patrząc na sięgającą kilka milionów lat wstecz  historię  ludzkości wyraźnie widzimy, że człowiek fatalnie rozwijał  się na surowym jedzeniu (dlatego  trudno  go było odróżnić od małp), bo taka  dieta   - uboga w kalorie sprawiała, że tracił on nie tylko wagę i stawał sie podatny  na choroby ale także  nie był w stanie obronić sie przed  wrogami i drapieżnikami. Człowiek  opierający swoją dietę wyłączne na owocach i warzywach - tak jak to robią wegetarianie  w naszych czasach - nie byłby  w stanie  zbyt długo przetrwać w dżungli bez odpowiedniej ilości kalorii pozwalajacych  mu  wspiąć się na drzewo  np. po banana czy też uciec na inne to drzewo gdy był ścigany przez drapieżnika.
Do takich  wniosków  doszedł harvardzki profesor antropologii i wybitny światowy prymatolog Richard Wrangham, opisując  swoje  spostrzeżenia  w książce: "Catching Fire. How Cooking made as Human" ("Chwytając ogień. Jak gotowanie uczyniło nas ludźmi")
Ludzie jedli mięso od
niepamiętnych czasów i to nie surowe   a odpowiednio  obrobione  termicznie. Nawet  nieustannie  wędrujące  po Pacyfiku nomadyczne plemiona, miały na swoich prymitywnach łodziach grille, gdzie przygotowywano rybę  z rusztu.
Wielu  zwolennków  wegetariańskiej czy też surowej kuchni  przekonuje, że gotowanie pozbawia  jedzenie conajmniej  połowy minerałów i enzymów, ale w przypadku człowieka pierwotnego  były one  kompletnie drugorzędne i właściwie  nieistotne. To co liczyło się naprawdę to energia i kalorie. Gotowanie jako proces  jest w stanie dostarczyć olbrzymiej ilość kalorii. Gotowanie przetwarza skrobię w taką formę, dzięki ktorej może być strawiona. Podobnie jest z proteinami - bez gotowania  większość z nich  jest przez ludzki organizm ignorowana. Weźmy za przyklad  surowe jajka. Niegdyś  surowe jajka masowo zjadane były przez kulturystów, którzy w ten sposób chcieli dostarczyć swemu ciału maksymalnej ilości protein potrzebnych do budowy muskulatury. Okazalo się jednak, że organizm  absorbuje je w zaledwie 50%, w przeciweństwie do jajka ugotowanego, gdzie absorbcji ulega  niemalże 100% protein. Dla  zrozumienia   człowieka  w procesie  ewolucji ma to gigantyczne znaczenie. Dobrze odżywiony gotowanym pożywieniem człowiek był zdrowszy, szybciej zwalczał rozmaite choroby, mógł poruszać sie na większe dystanse a także mieć więcej dzieci. Zmienił  się także jego wygląd  zewnętrzny - bo człowiek stracił owłosienie i wielki jak np. u szympansów brzuch - który stał  się bardziej płaski. Więcej kalorii spowodowało wzrost masy mózgu, który stopniowo stawał  sie coraz  sprawniejszy i bardziej wydajny. Gotowanie prawdziwie zmieniło ludzkość i to jemu zawdzięczamy wszystko to, co nazywamy słowem cywilizacja.

cdn. jutro

05:35, desmond108
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 07 września 2009

Ostatni  raz  "Greka Zorbę" czytałem  pewnie  ze 20 lat  temu i ogromnie żałuję, że powrót do tej lektury trwał aż tak  długo. Powieść Nikosa Kazantzakisa należy  do niesmiertelnych, ale  także zupełnie ponadczasowych, bo nie zestarzała  się ani o jotę. Książkę powinien przeczytać  każdy, kto poszukuje  celu w swoim życiu i zadaje sobie wiele trudnych (tylko z pozoru)  egzytencjalnych pytań. Aleksis  Zorba ma na nie  wszystkie odpowiedź. W prostych, logicznych słowach tłumaczy on najbardziej skomplikowane i zawiłe  zjawiska  jakie zachodzą w świecie i nie sposob odmøwić  mu w większości przypadków  racji. To co jest w książce najcenniejsze, to zachęta aby  cieszyć  się każdą  chwilą jaką daje nam los, bo życie ucieka niepostrzeżenie ale i bezpowrotnie. I nawet  jeśli nasze plany, od których zależy tak  wiele w naszym życiu, legną w gruzach - jak kolejka linowa  Zorby - wciąż nie jest to powód do lamentu a jedynie kolejne  życiowe  dośwadczenie i  jesli  mimo  to wciąż smutek  wygrywa  z radością.... nie pozostaje nic innego jak tylko zatańczyć.
Zorba  kilka  razy filozofuje w powieści także na temat potrzeby i sensu jedzenia. Poniżej  jedna  z jego ciekawszych  myśli na ten temat.....

Na tym wybrzeżu po raz pierwszy zaznałem rozkoszy jedzenia. Wieczorem Zorba rozpalał ogień między dwoma kamieniami i przygotowywał posiłek. Kiedy siadaliśmy do jedzenia i picia, rozmowa się ożywiała. Zrozumiałem wreszcie, że jedzenie także jest aktem duchowym, a mięso, chleb i wino stanowią tę podstawową materię, z której powstaje duch.
Po całym dniu pracy tuż przed posiłkiem Zorba nie miał humoru, odzywał się cierpko, musiałem wyciągać z niego słowa. Ruchy miał ociężałe i pozbawione wdzięku. Ale wystarczyło, aby - jak mawiał - dorzucić węgla do kotła, a cała zgrzytająca, rozstrojona maszyneria jego ciała ożywała, nabierała rozmachu i zaczynała pracować. Oczy jego błyszczały, myśli rozpierały go, a u stóp wyrastały mu skrzydła, które porywały go w tan.
- Powiedz mi, co robisz z jedzeniem, które spożywasz, a powiem ci, kim jesteś. Jedni przerabiają je na tłuszcz i nawóz, inni na pracę i zabawę, jeszcze inni - jak słyszałem - na boskość. Istnieją więc trzy rodzaje ludzi. Ja, szefie, nie należę do najgorszego z nich ani do najlepszego. Jestem pośrodku. To, co jem, przerabiam na pracę i dobry humor. To nie jest najgorsze.
Spojrzał na mnie chytrze i roześmiał się.
- A ty, szefie, jak myślę, usiłujesz przekształcać jedzenie w boskość, ale ci się to nie udaje, więc się męczysz. Spotkało cię to, co koguta.
- A co z tym kogutem, Zorbo?
- Widzisz, kogut chodził sobie godnie, jak przystało na koguta. Aż pewnego dnia zachciało mu się naśladować gołębia. Odtąd zapomniał biedak swego własnego chodu. Wszystko mu się pomieszało, widzisz? Kuśtyka


Powieść Nikosa Kazantzakisa "Grek Zorba" właśnie wznowiono i można  ją dostać w księgarni Merlin, skąd także pochodzi zdjęcie okladki książki.

niedziela, 06 września 2009

Pojawiają sie w moim warzywniaku od czasu do czasu i kupuję je wtedy bez zastanowienia. Te na talerzyku zabrałem ze sobą na plażę i... już ich nie ma.


15:37, desmond108
Link Komentarze (12) »
sobota, 05 września 2009

Rozpoczynam  dziś nową serię, ktora będzie pokazywać związki gastronomii i sztuki. Zamiast jednak od Cezanne'a czy niderlandzkich mistrzów martwej natury rozpocznę od artysty praktycznie nieznanego. Aleksander G. Iwanow jest Ukraińcem. Urodził sie w Gorki w 1962 r. i wciąż stara  się zaistnieć w świecie  sztuki. Dostrzeżono go po raz pierwszy na  wystawie  zbiorowej w Baltimore w USA. Dziś jego obrazy wiszą w galeriach włoskich i niemieckich, ale wciąż daleko mu  do sławy. Oto kilka próbek jego możliwości.


piątek, 04 września 2009

Kiedy francuski piekarz Bertrand Houlier bawił z wizytą w USA, z zawodowej ciekawości spróbował amerykańskiego chleba. Piekarz nie spodziewał się niczego co mogłoby prześcignąć  francuskie dokonania na tym polu i.... nie rozczarował  się. Amerykański chleb nie rzuca na kolana. Pod jego jednak wpływem Houlier podjął niezwykle ważną  dla siebie decyzję i postanowił  osiedlić się w Stanach na stałe by pokazać Ameryce jak powinno smakować najlepsze pieczywo na świecie. By tego dokonać musiał zmierzyć się z serią poważnych problemów.
Aby piec prawdziwie  francuskie pieczywo potrzebna jest  francuska mąka. Piekarz postanowił więc sprowadzić ją do USA. Wtedy okazało się, że nijak nie da się piec francuskich croissantów bez francuskiego masła. Houlier sprowadził  więc najlepsze  francuskie masło z Charentes. Nadal jednak  nie był zadowolony z własnych wypieków, Wciąż coś było nie tak... Wreszcie  znalazł! Powodem był piec! Okazalo się, że w całej Ameryce nie da się znaleźć takiego pieca, który piekłby tak samo jak te we Francji. Co zrobil Houlier? Macie rację - zamówil  sobie wielki  kamienny piec we własnej ojczyźnie i kazal go przysłać  do Maryland - gdzie mieszka.
Swoją piekarnię  Bertrand Houlier  otworzył w miejsowości Rockville, ale  trzy razy w tygodniu jeździ ze swoim pieczywem na wiejski targ w niedalekim Bethesda. Świeże bułeczki  rozchodzą sie tam jak ..... świeże bułeczki, a francuskie  pieczywo  robi w okolicy wielką furrore. W każdy dzień targowy do stoiska francuskiego piekarza  ustawia  się dluga, zawijana, tasiemcowa kolejka.

Biznes  w Rockville też idzie  znakomicie. W sklepie przy piekarni można kupić francuskie eklerki, tarty a nawet kanapki z sałatką nicejską. Na pytanie dlaczego zadaje  on sobie trud  i wozi swoje pieczywo na targ, piekarz odpowiada, że tak wlaśnie sprzedaje się pieczywo we... Francji. Kultywując targowa tradycję z własnej ojczyzny Houlier  nie przyjmuje  zapłaty kartą kredytową a dla własnego świętego spokoju nawet nie założył w piekarni telefonu.
Patriotyzm Francuza, który raz po raz ociera się wręcz o szowinizm nie przeszkadza  klientom cieszyć się z takiej niebywałej okazji  do nabycia pieczywa znakomitej jakości. Na plus Francuza  należy zapisać również to, że nie łupi on ze swoich klientow skóry, wystawiając na swe produkty umiarkowane i rozsądne ceny. Za croissanta trzeba zaplacic $2.05 , za 20 cm tartę $17.95 a za bagietkę $1.95. Wszystko starannie zawijane jest tak jak we Francji  w papier - oczywiście także wyprodukowany we Francji.

(na podst. Washington Post)

06:15, desmond108
Link Komentarze (13) »
czwartek, 03 września 2009

Japończycy  nazywają tą gigantyczną rzodkiew daikon co znaczy tyle co..... tłusta, wielka rzodkiew :)) I nie ma w tym ani krztyny przesady, bo daikon jest  w stanie  w optymalnych warunkach osiągnąc wielkość ludzkiej nogi i wagę 45 kg. Poza Japonią daikon jednak bardzo rzadko osiąga takie rozmiary - głównie dlatego, że trudno jednej, niewielkiej rodzinie  zjeść w miarę szybko tak ogromne  warzywo i dlatego wykopuje sie z ziemi tą rzodkiew zanim przerazi swym wyglądem potencjalnego nabywcę. Mimo to daikon nadal imponuje swą wielkością wyglądając jak przerośnięta, blada, marchewka albinoska.

Japończycy wierzą, że daikon posiada duszę w co nietrudno uwierzyć,  bo warzywo jest ostrzejsze i bardziej szczypiące w smaku od zwykłej rzodkiewki.
Jednak wystarczy japońską rzodkiew (jak nazywana jest w Polsce) ugotować lub usmażyć, aby natychmiast  straciła ona swój pikantny  animusz  stając się potulnie słodka.
Najlepiej jednak daikon smakuje na surowo: jako część sałatki lub kompania do dipa. Japończycy lubią maczać daikonowe słupki w paście miso, której słodko-słony charakter doskonale wyrównuje agresywnie ostry smak rzodkwi.

Odpowiednio przechowywany daikon może wytrzymać kilka tygodni zanim zacznie się psuć. Jego skórka staje się wtedy nieco zdrewniała, bo warzywo traci wodę.
Jesień to czas plonów i aby nie zmarnowac tego smacznego  a także niezwykle zdrowego warzywa, Japończycy kiszą daikony podobnie jak Polacy ogórki.
Daikon oprócz niezłego smaku ma jeszcze imponujące właściwości  zdrowotne. Dostarcza olbrzymiej ilości witaminy C i A, oczyszcza organizm z metali ciężkich a także dzięki unikalnym enzymom pomaga żołądkowi rozłożyć na części pierwsze skrobię, tłuszcz i proteiny. Nie ma też chyba lepszego od daikona lekarstwa na kaca :)))) ( odpowiednie doświadczenie  przeprowadziłem na samym sobie - działa ! ) Z suszonych liści tej rzodkwi robi się także napar wspomagający nerki....

Najlepszym sposobem aby wykorzystać te wspaniałe właściwości daikona jest zetrzeć go na tarce i zjeść na surowo. Trzeba jednak się spieszyć, bo ilość zdrowotnych skladnikow w daikonie zmniejsza się o połowę w czasie pierwszych 30 minut od momentu starcia.
Daikon  chroni także przed rakiem zołądka, zmniejsza gorączkę i oczyszcza  drogi oddechowe. Prawdziwie  cudowne  warzywo....

06:29, desmond108
Link Komentarze (14) »
wtorek, 01 września 2009

Od czasu do czasu przynudzam Wam moja ulubioną plażą w Seaside. Dziś kolejny odcinek. Rzutem na taśmę pomiędzy huraganami udało mi się dopaść plażę w jej najlepszym momencie. Bez wiatru i pod pełnym słońcem. Woda już lekko rozhuśtana odległym sztormem ale wciąż doskonale ciepła i nadająca  się do pływania.

:)


19:26, desmond108
Link Komentarze (8) »

Teksański grill swój niecodzienny, aromatyczny i charakterystyczny smak niewątpliwie  zawdzięcza węglowi drzewnemu wypalanemu z drewna mesquite. Mesquite obficie  porastające teksańskie  pastwiska, to utrapienie rancherów wypasających tam bydło. Teksanczycy lubia opowiadac o tym, że gdy  odkryli oni aromatyczne własciwosci mesquite'owego drewna, szybko podzielili  się tą wiedzą z Kalifornijczykami, którzy zwabieni wspanialym smakiem  potraw  z rusztu, natychmiast ruszyli do Teksasu wycinać całe zagajniki mesquite. Sprytni kowboje  zacierali tylko ręce na ten widok, bo w  ten sposób Kalifornijczycy zupełnie  za  darmo oczyszczali z kolczastych drzew i chaszczy olbrzymie teksańskie pastwiska.

Kowboje okazali  się  jedynymi mieszkańcami Teksasu, którym przeszkadzała obecność mesquite. Miejscowi  Indianie  zbierali  nasiona z tych drzew mieląc je na mąkę, z ich kory  przędli niezwykle wytrzymałe tkaniny na ubrania a z długich kolców robili igły do szycia.
Jako pierwsi wegiel drzewny zaczęli wypalać z mesquito hiszpańscy konkwistadorzy. Do dziś tworzone przez nich potrawy są częścią meksykańskiej kuchni z okolic Monterrey - z kozłem z grilla po pastersku na czele ( cabrito al pastor). W drewnie mesquite a zwłszcza w jego korze znajduje się wiele składników mineralnych, które płonąc  wydzielają intensywny, aromatyczny dym jak żadne inne drewno.
Ten unikalny smak stał się tak
popularny, że powstały  firmy, które żyją wyłącznie z handlu takim wlaśnie węglem drzewnym.
Wielka popularność mesquite  tak naprawdę zaczęła się zupełnie niedawno - bo w latach 80-tych poprzedniego stulecia. Zanim na pograniczu meksykńsko teksańskim pojawili  sie biali osadnicy, mesquite  rosło na tych terenach sporadycznie. Wraz z kowbojami pojawiły się gigantyczne stada  bydła, które na swych racicach przeniosło zaszczepki i nasiona  rosliny we wszystkie zakątki stanu a nawet dalej. Dziś obszary  jakie porasta mesquito są tak wielkie, że nie zagraża im nawet największy apetyt wielbicieli unikalnego, aromatycznego grilla

sobota, 29 sierpnia 2009

W angielskiej miejscowości Leyburn wyrabia sie jedyne w swoim rodzaju czajniki. Tworzy sie je ręcznie i dlatego nie sposób znaleźć  na świecie  dwoch identycznych. Czajniki te mają swoich zawziętych kolekcjonerów i pasjonatów. Przybierają często zupelnie niecodzienne i nieoczekiwane kształty - zawsze jednak związane w jakiś sposób z angielską kulturą i angielskim sposobem życia, ktorego najbardziej znanym i celebrowanym na świecie momentem  jest słynna herbatka 5 o'clock.

Tak więc jeśli ktoś z Was oczekuje wizyty np. brytyjskiej królowej, serwis  do herbaty z Leyburn bedzie  nie tylko  wspaniałym sposobem na podanie naparu, ale także doskonłym przedmiotem rozmowy, która niekonecznie musi dotyczyć angielskiej pogody i wyścigów konnych.... :)

Czajniki można nabyć w The Teapottery


20:53, desmond108
Link Komentarze (12) »
piątek, 28 sierpnia 2009

Książka Stanisława Grzesiuka to opowieść wstrząsająca do głębi. Pokazuje ona jak kruchą cywilizację udało nam się stworzyć mimo tysięcy lat jej trwania. Oto jeden z najbardziej cywilizowanych narodów Europy, który wydał na świat Mozarta, Beethovena, Hegla, Leibnitza, Plancka, Heideggera i całą armię innych pierwszorzędnych luminarzy kultury w oka mgnieniu przemienia się w bandę największych barbarzyńcow jakich widział świat. Nigdy nie zrozumiem tego fenomenu....

Stanisław Grzesiuk 5 lat spedził w obozach koncentracyjnych, w których systematycznie i  z niemiecka precyzją degenerowano człowieka, pozbawiając go godności, upadlając, nieustannie bijąc, by wreszcie zmniejszając ilość i jakość jedzenia doprowadzić do śmierci, która trwała czasem tygodniami. Wolność znała tylko jedną drogę - przez komin krematorium a Bóg - wstrząśnięty i przerażony tym co zobaczył zaniemówił z wrażenia i kilka lat trwał w osłupieniu nie mogąc uwierzyć, że stworzona na jego podobieństwo kreacja, jest zdolna do takiego bestialstwa.

Wiem, że niektórym prezentowany przeze mnie poniżej cytat z książki niezbyt przypadnie do gustu - bo jest on w stanie zepsuć gotowy do weekendu nastrój.... Ale myślę, że nie powinniśmy zamykac oczu na coś, co wydarzyło się tak niedawno... I w dobrych czasach w jakich żyjemy teraz, powinniśmy pamiętać o tych, co dla kawałka  jedzenia, które tak często ląduje w śmietnikach - ryzykowali życie.

Zdobywanie głąbów odbywało się w ten sposób, że trzeba było podejść do kupy odpadków wyrzucanych z kuchni, która to kupa znajdowała się kilkanaście metrów od linii posterunków i stanowiska najbliższego posterunku. Tuż obok stały otwarte szopy, w których mieściły się przez nikogo nie pilnowane magazyny z żelazem. Były tam takie różne grube i cienkie rury, pręty, płaskowniki i wszelkie inne żelazne śmieci. Między jedną taką szopą a najbliższym posterunkiem znajdowało się usypisko odpadków wysoce użytkowych - jak bym to nazwał. Odpadki te leżały kilka metrów od rogu szopy, a kilkanaście metrów za nimi stał posterunek z karabinem. Amator głąbów wychylał się lekko zza rogu szopy i zwracał się do esesmana, czy pozwoli podejść do kupy odpadków. Ten znów albo nie odpowiadał wcale, albo zezwalał, albo też nie zezwalał. Jeśli nie zezwalał, to jasne było, że podejść nie można, lecz jeśli zezwolił albo patrzył zobojętną miną, tak jakby to nie do niego się mówiło, należało ryzykować. Podchodził taki bardzo wolno, przygotowany do natychmiastowego uciekania do tyłu, i gdy znalazł się już na miejscu, szybko ładował głąby do kieszeni. I tu niektórych gubiła zachłanność.
Taki głodniak, jak już dorwał się, to chciał nabrać jak najwięcej, esesman zezwolił, nic nie mówi, można spokojnie wybierać. Spuszczał wtedy esesmana z oczu, a ten tylko na taki moment czekał. Podrywał szybko karabin, ktoś zza szopy krzyknął nieraz ostrzegawczo i sam krył się za rogiem. Strzał - chłopak gotów. Trafić z kilkunastu metrów nie było trudno. Nawet gdy taki usłyszał ostrzegawcze krzyknięcie, to wpierw spojrzał, czego ma się strzec, i już za późno było na ucieczkę.
Stefan i ja opracowaliśmy “naukowy” plan wybierania głąbów. Tak jak inni zapytywaliśmy, czy można podejść. Gdy milczał lub zezwolił - przyczajonym do ucieczki krokiem podchodziliśmy do śmietniska. Różnica polegała na tym, że nie wierzyliśmy esesmanowi i głąby wybieraliśmy po omacku, jak niewidomi, bo oczu nie spuszczając z wartownika, a w tym czasie pozycja nasza przypominała człowieka gotowego do startu w odwrotnym kierunku, czyli do szopy, do której nie było więcej jak 6 metrów.
Drugim, tak samo ważnym punktem naszej metody było to, że nie podchodziliśmy po głąby, choćby nas wartownik nawet zapraszał - gdy trzymał on karabin pod pachą. Poderwać z takiej pozycji karabin i strzelić - to przecież tylko moment, ale gdy trzyma karabin zawieszony przez ramię, na plecach, wtedy już musi zrobić dużo ruchów. I gdyby taki chciał strzelać, to nim zdejmie z pleców karabin, to ja już jestem za szopą. Kilka razy chcieli strzelać do mnie, lecz gdy on zrobił tylko pierwsze drgnienie ręką, ja już byłem za szopą.

"Pięć lat kacetu" Stanislawa Grzesiuka moźna dostać w księgarni Merlin, skąd wziąłem zdjęcie okładki.

Zdjęcie St. Grzesiuka pochodzi z blogu: http://syrenigrod.fotolog.pl/


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13