piątek, 25 września 2009

Kiedy mówi się o japońskich samurajach, zwykle pierwsza myśl jaka przychodzi na myśl to ich legendarna  wręcz umiejętność posługiwania się ostrym jak brzytwa mieczem katana. Zwykle efekt takiego fechtunku jest krwawy i nawet kryminalni mieliby klopoty  ze złożeniem pociętego delikwenta w jeden kawałek. Równie sprawnie, choć nieco inaczej fechtuje inny japoński mistrz białej broni - Takashi Ito.  Za przedmiot swojej sztuki obrał on sobie arbuzy a efekt końcowy przechodzi najśmielsze oczekiwania.

04:28, desmond108
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 września 2009

Nadal  czytam "Imię Róży" i książka sprawia mi tak wielką przyjemność, że z żalem odrywam się od niej wracając do realu. Ale nawet wtedy wciąż jeszcze  długo moje myśli wędrują po meandrach  Biblioteki, kryjącej w gmachu mrocznego klasztoru wiedzę wzbudzającą najwyższe ale i najniższe ludzkie instynkty. Nasza cywilizacja rozwija  się nieustannie tylko dzięki napędowi jakim jest genialność takich myślicieli jak Platon, św. Augustyn czy wreszcie ulubiony myśliciel Wilhelma z Baskerville - Roger Bacon. Nie ulega wątpliwości, że Bacon powinien mieć miejsce w każdej  bibliotece choć zdarzają sie tacy, którzy biorą to zbyt dosłownie myląc Bacona z bekonem.

Czytając książkę często jesteśmy zmuszeni używać zakładki i wkładamy  pomiędzy strony to, co mamy pod ręką (ja np torebkę z nasionami rzodkiewki). Jednak w tym twórczym zajęciu przebił chyba wszystkich pewien czytelnik z angielskiej miejscowości Worthing. Oddał on książką wraz z zakładką, którą okazał się być sporych rozmiarów plaster ... boczku.

Bibliotekarz z typową dla Anglików rezerwą podszedł do znaleziska i dołączył "oryginalną" zakładkę do swojej zbieranej przez wiele lat kolekcji innych, kuriozalnych zakładek. Najciekawsze okazy znalezione przez niego w książkach to: rodzinne fotografie, bilety na koncert, mapa  Hong Kongu, kupony totolotka, origami a nawet zawiadomienie  o meczu w krykieta pomiędzy Pakistanem a Indiami Zachodnimi z 1958 r.
Książka na szczęście nie była jakąś super cenną pozycją a złośliwi twierdzą, że ten plaster boczku był jedynym kawałkiem mięsa  jaki można było w niej znaleźć. Inni mówią, że  raczej był to nieudany atak terrorystyczny mający na celu wywołanie epidemii świńskiej grypy. Są i tacy co nazywają właściciela zakladki - za to co zrobił - po prostu świnią ale też i tacy, którzy głośno domagają  się wypożyczenia  zawiadomienia o tym historycznym meczu krykieta. Pewiem innowator zaproponował aby w związku z całą tą historią, wyposażać każdy egzemplarz "Folwarku zwierzęcego", Orwella, w kupon uprawniający do nabycia boczku ze zniżką...
Ot.. angielskie poczucie humoru...

Na podst. The Argus

05:38, desmond108
Link Komentarze (11) »
środa, 23 września 2009

Ponieważ podobały Wam się  zdjęcia z "mojej" plaży, zaryzykuję dziś ze zdjęciami z nad "mojego" jeziora. Nazywa  się Round Lake Valley i leży jakieś 20 min. od miejsca gdzie mieszkam. Jestem  tam często - choćby po to żeby się przewietrzyć i przespacerować. Nad jeziorem jest zazwyczaj pusto, bo nie ma tu turystycznej infrastruktury, szlaków, budek z zapiekankami. Sama przyroda.

Lato się kończy i dzwoni teraz w uszach dzwiękami cykad. Zieleń zaczyna tracić blask i za chwile eksploduje  fajerwerkami kolorów, ale to wszystko za jakieś 2 tygodnie, kiedy zacznie  sie "Indiańskie Lato". O czym opowiem w swoim czasie....

:)


18:22, desmond108
Link Komentarze (12) »

Ben & Jerry's to znana także poza USA firma produkująca  wybornej jakości lody. Jej wlaściciele  w krótkim czasie  na kręceniu lodów  zdobyli wielką fortunę i postanowili  stać  się filantropami. Wspierają więc rozmaite rewolucyjno-lewackie organizacje a także mniejszości narodowe i seksualne. Popierają również  ruchy ekologiczne i organiczną produkcję  żywności. Mleko z którego robione są lody wolne jest od hormonów, antybiotyków i innych chemikaliów.

Baza  główna firmy Ben & Jerry's mieści  się w stanie Vermont, w którym właśnie rozgrywa się gorąca polityczna debata na temat zalegalizowania małżeństw gejów.
Jak nietrudno się domyślić lodziarze nie tylko popierają gejów i lesbianki, ale także na ich cześć wypuścili na rynek smak lodów o nazwie "Hubby, Hubby" (Mężuś, Mężuś). Na pudełku można  zobaczyć parę tej samej płci małżonków, na weselnym  torcie z tęczą w tle.
Lody o tym smaku sprzedawane są od lat tyle że nazywają się "Chubby Hubby" (Pulchny Mężuś) a pod nową, zmienioną nieznacznie/znacznie nazwą i innym wizerunkiem na pudełku dostępne będą wyłącznie w stanie Vermont i tylko przez miesiąc wrzesień.
Lody Hubby Hubby mają smak  wanilli zmieszanej z melasą, poprzetykane spiralami sosu czekoladowego i masla orzechowego. W lodach zatopione są oblane czekoladą precle wypełnione w środku masłem orzechowym.

Na podst. "Chicago Tribune"

06:24, desmond108
Link Komentarze (12) »
wtorek, 22 września 2009

Czy wiecie co to jest medycyna  kulinarna??? To dziedzina  wiedzy łącząca ze sobą szlachetną  sztukę gotowania z naukowo pojętą medycyną, której efektem są potrawy nie tylko o wyjątkowym smaku ale  jednocześnie leczące lub zapobiegające rozmaitym chorobom.
Niewątpliwym autorytetem w tej  dziedzinie jest dr John La Puma z Kalifornii, lekarz medycyny, który jest także absolwentem szkoły kulinarnej. Łącząc ze sobą obie dziedziny wiedzy dr La Puma doszedł do wniosku, że dzięki właściwemu jedzeniu można zmniejszyć ilość chorób  sercowych o 70% a zachorowań na raka aż o 80%. Oprócz tego jedzenie powinno także sprzyjać utrzymaniu własciwej wagi.
Dr La Puma może to stwierdzić na własnym przykladzie, bo stosując  tak pojętą dietę spadł na wadze o ponad 20 kg.
Myśląc o diecie często ignorujmy produkty które mają ogromny wpływ na nasze zdrowie. Weźmy za przyklad orzechy. Wielu ludzi nadal uważa, że ze wzgędu na zawarty w nich olej  - są tuczące, gdy tymczasem są przede wszystkim cudownym lekiem na obniżenie cholesterolu. Zielona herbata z kolei wspomaga działanie serca i zapobiega  rakowi piersi. Sok  z marchewki  czy  z arbuza - nie tylko bardzo dobrze smakuje, ale jest pełen beta-karotenu, wspomagającego pracę krwioobiegu. Dzięki  temu panowie mogą uniknąć impotencji a panie  zmarszczek. Beta-karoten zapobiega atakom serca i wszelkiego rodzaju wylewom.
Aby móc latwiej budować  taką zapobiegąjącą chorobom dietę, dr La Puma napisał książke kucharską pt. "Big Book of Culinary Medicine" (Wielka księga medycyny kulinarnej), gdzie zawarte w niej przepisy są nie tylko zdrowe  ale przede wszystkim smaczne i łatwe do zrobienia. Większość  z nich można przygotować w pół godziny a lista składników rzadko przekracza 10.
W książce znajduje  się także wiele cennych informacji dietetycznych jak np ta, że organizm przyswaja więcej błonnika z ugotowanej marchwi niż  surowej czy też, że rozmaryn użyty w marynacie aż o 77% redukuje ilość rakotwórczych substancji powstających podczas grillowania.
Doktor  jednak wciąż przypomina, że jedzenie nie jest lekarstwem. Nie atakuje przyczyny schorzenia  w taki sam sposob jak robią to farmaceutyki. Jednak jedzenie można tak skomponować aby zgromadzić w nim szereg  składników, które będą w stanie  zapobiec  zbliżającej się chorobie co pozwoli uniknąć i lekarstw i wizyty u lekarza.

(więcej informacji na stronie doktora: http://www.chefmd.com/ )


05:21, desmond108
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 września 2009

Pamiętacie jeszcze te ogórki w kształcie  serc i gwiazdek, które pokazywałem na Gourmecie jakiś czas  temu??? Niecodzienne  w kształcie  owoce i warzywa zawsze wzbudzały wielkie zainteresowanie i co bardzo istotne także i pożądanie wśród potencjalnych nabywców. To ostatnie zainspirowało chińskiego rolnika Gao Xianzhang, który postanowił wyhodować w swym sadzie gruszki o ksztalcie... Buddy. Swoje  doswiadczenia  rozpoczął jeszcze w 2003 r. ale dopiero  teraz udało  mu się  zebrać  największy do tej pory plon jakim było 10 tys. owoców o tak niezwykłym kształcie. Gruszki aby stać  się małym, słodkim Buddą zamknięte zostały w kształtownikach z tworzywa  sztucznego jak w foremkach na ciasteczka  i rosnąc przyjęły od  nich swój kształt.
Niemalże  całe, niezwykłe zbiory zostały wysłane na eksport: głównie do Anglii i USA. Gruszki sprzedaje  się na sztuki i w Stanach trzeba  za taki owoc  zaplacić ok. $7.30 a w Anglii £5 - tak więc  w obu przypadkach niemało.


Szczęśliwym dla chińskiego rolnika trafem akurat teraz zmieniono w UE przepisy odnośnie określonych standartów dotyczących kształtów owoców i warzyw. Bez tego gruszki o kształcie Buddy nie miałyby wstępu w granice Unii.

Import tych gruszek oprotestowali także angielscy  sadownicy, którzy sami mają kłopot  ze zbytem własnych owoców, ale wydaje się, że te jedyne w swoim rodzaju  gruszki nie są konkurencją dla tych rosnących w Anglii (niewielka ilość i bardzo wysoka cena).
Póki co, gruszkowy Budda  jest przyjęty  przez  rynek  z zainteresowaniem i sympatią mimo obaw że może on obrażać uczucia religijne Buddystów.

(na podstawie "Daily Mail")

05:06, desmond108
Link Komentarze (14) »
sobota, 19 września 2009

Napisana przez Umberto Eco powieść "Imię Róży" to książka absolutnie niezwykła, wywołująca ogromy przypływ adrenaliny i konsekwentnie budująca niepewność czytalnika, czy aby naprawde pojął on to co właśnie przeczytał. Książka opisuje nieprawdopodobnie  skomplikowany labirynt ludzkich idei, myśli, pragnień zamierzeń zamknięty w mrocznej bibliotece. Tej realnej i tej w naszej głowie. Rzecz cała dzieje  sie w bendyktyńskim klasztorze, gdzieś na początku XIV w. a krwawa i mroczna  historia  opisywana  jest w sposob niezwykle misterny i przemyślny - klucząc i umykając uwadze czytelnika, zostawiając masę wskazówek ale i falszywe ślady. Umberto Eco  to jeden z największych erudytów naszych czasów, profesor semiotyki, badającej  relację pomiędzy słowami a człowiekiem, w swojej powieści igra z nami, wciąż wystawiając naszą inteligencję i naszą wiedzę na próbę.
Poniżej  fragment w którym opisany jest posiłek zebranych w klasztornym refektarzu mnichów, w czasie Komplety, czyli godziny kończącej benedyktyński dzień.


Refektarz oświetlony był wielkimi łuczywami. Mnisi zasiadali za rzędem stołów, nad którymi górował stół opata, ustawiony prostopadle do tamtych na obszernym podium. Po przeciwnej stronie zajął już miejsce za pulpitem mnich, który będzie czytał podczas wieczerzy. Opat czekał na nas przy fontance, z białą serwetą, by otrzeć nam dłonie po myciu, podług starodawnych rad świętego Pachomiusza. [...]
Mnisi stali teraz przy stołach, nieruchomi, z kapturami opuszczonymi na twarze i dłońmi ukrytymi pod szkaplerzami. Opat podszedł do swego stołu i wyrecytował Benedicite. Kantor przy pulpicie zaintonował Edent pauperes. Opat dał swoje błogosławieństwo i wszyscy usiedli.
Reguła naszego fundatora przewiduje posiłek nader skąpy, lecz pozostawia opatowi decyzję co do tego, ile pokarmu naprawdę potrzebują mnisi. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach w naszym zakonie patrzy się pobłażliwym okiem na przyjemności stołu. Nie mówię już nawet o tych opactwach, które niestety zmieniły się w jaskinie żarłoków; ale również te natchnione zasadami pokuty i cnoty dostarczają mnichom, których przeznaczeniem są prawie zawsze najcięższe znoje umysłu, strawę nie tyle wykwintną, ile pożywną. Poza tym stół opata korzysta zawsze z przywilejów, również dlatego że nierzadko zasiadają za nim szacowni goście, zaś opactwa dumne są z produktów swojej ziemi i zagród, a także z biegłości kucharzy.
Posiłek mnichów przebiegał jak zwykle w milczeniu, a porozumiewano się między sobą wyłącznie naszym zwykłym alfabetem palców. Nowicjusze i mnisi młodsi obsługiwani są wcześniej, w miarę jak dania przeznaczone dla wszystkich schodzą ze stołu opata. [...]
Lecz jak rzekłem, przy stole opata dozwolona była pewna swoboda, i zdarzało się nam chwalić dania, które podawano, sam opat zaś sławił swoją oliwę i wino. A raz, nalewając do kielichów, przypomniał nam te ustępy reguły, w których święty fundator zauważył, że wprawdzie wino nie przystoi mnichom, ale skoro w naszych czasach nie da się przekonać mnichów, by nie pili, niechaj chociaż nie piją na umór, ponieważ wino skłania do apostazji nawet mędrców, o czym przypomina Eklezjastyk. Benedykt powiedział: „W naszych czasach”, i miał na myśli swoje, dzisiaj jakże już odległe: wystawmy sobie, jak to musiało być w dniach, kiedy wieczerzaliśmy w opactwie, po takim upadku obyczajów (i nie mówię już o czasach moich, kiedy piszę te słowa, wspomnę tylko, że tutaj, w Melku, największą pobłażliwość znajduje piwo!); w sumie piło się bez przesady, ale nie bez ochoty.
Jedliśmy pieczone na rożnie mięsiwo dopiero co ubitych wieprzków, i spostrzegłem, że do innych pokarmów nie stosowało się tłuszczu zwierzęcego ani oleju z rzepaku, ale dobrą oliwę, wytłoczoną z oliwek zebranych na ziemiach, które opactwo miało u stóp góry na stoku zwróconym w stronę morza. Opat dał nam skosztować (zastrzeżonego dla jego stołu) kurczaka, którego przygotowywano w kuchni na moich oczach. Zauważyłem, a była to rzecz nader rzadka, że miał też metalowe widełki, które kształtem przypominały mi okulary mojego mistrza; szlachetnego rodu człek, jakim był nasz gospodarz, nie chciał zbrukać sobie rąk pokarmem, a i nam użyczył swojego narzędzia, przynajmniej, byśmy zabierali nim mięsiwo z wielkiego półmiska i składali na naszych misach. Ja odmówiłem, ale Wilhelm przyjął wdzięcznie i biegle posługiwał się tym pańskim przyrządem, być może, by nie pokazać opatowi, iż franciszkanie są osobami skąpo wykształconymi i skromnego pochodzenia.

piątek, 18 września 2009

Tak było dokładnie miesiąc temu. Po Atlantyku błąkał się kolejny huragan ale na "mojej" plaży tylko silny wiatr i spora fala podkreślały obecność żywiołu. Jednak niebo było wciąż łaskawe i słoneczne. Za to piasek gnany wiatrem właził wszedzie. Wciąż mam go trochę w "Biegunach" Tokarczuk. I na razie tak zostawię. Przechowam to lato do następnego roku (chyba  się sentymentalny robię na starość :))))) )



 

14:08, desmond108
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 września 2009

Zdaje się, że wszyscy, którzy tu zaglądają mają tuńczyka powyżej uszu. Przynajmniej na jakiś czas :) Dlatego dzisiejsza część jest kończąca całą serię, która powstala właściwie spontanicznie - bo nie zakladałem aż tylu odcinków pod rząd  ale..... jakoś tak niefortunnie wyszło..

Głównym powodem rabunkowych połowów tuńczyka jest niezwykła popularność sushi. Od tego zacząłem całą historię. Sushi oczywiście jest integralną częścią japońskiej tradycji, ale tuńczyk jako podstawowy składnik tego przysmaku pojawił sie stosunkowo niedawno, co jest faktem zaskakującym. Przez wieki ryby, które Japończycy używali do sushi były wędzone piklowane, suszone i marynowane.  Rybie mięso jest delikatne i psuje się szybko toteż sushi z surową rybą było rzadkością. Na dodatek elitarna kasta samurajów unikała jedzenia tuńczyka, uważając go za rybę nieczystą. Wszystko zmienilo się wraz z wynalezieniem lodówki. To dzięki niej ryby można przewozić na ogromne odległości i przechowywać w magazynach tak długo zanim nie zostaną sprzedane. Lodówki na masową  skalę pojawiły się w latach 60-tych poprzedniego wieku i od tego momentu zaczyna się  zawrotna popularność surowego mięsa tuńczyka. Gdyby 30 lat temu zapytać przeciętnego Amerykanina czy zjadłby surowe rybie mięso - z pewnością w odpowiedzi otrząsnąłby się z obrzydzenia.

Dziś bary sushi można spokać niemalże w każdym zakątku świata. Jeden z poprzednich polskich premierów był tak  zapracowany, że skarżył się publicznie na brak czasu by skoczyć na sushi. Wszystko to sprawia, że cena na tą rybę jest wysoka, bo popyt nieustannie rośnie. Najcenniejszym i najbardziej zagrożonym gatunkiem tuńczyka jest tuńczyk błękitnopłetwy. Nigdy nie mialem okazji spróbować mięsa  tego tuńczyka,  podobnie  jak (prawdopodobnie) większość czytających ten tekst. Niemalże wszystkie schwytane ryby tego gatunku sprzedawane są do Japonii. Reszta  śwata zadowala się tuńczykiem żółtopłetwym, wielkookim, albacore czy bonito.
Jakąś dekade temu sam mialem okazję popłynąć na połów tuńczyka. Złapałem wtedy dwie sztuki, z których większa ważyła prawie 50 kg. Były to tuńczyki żółtopłetwe i zanim wylądowały na pokładzie łodzi, stoczyłem z nimi walkę, której nigdy nie zapomnę. Po tym wydarzeniu jednak więcej już nie zapragąłem popłynąć na taki połów ponownie. To bardzo okrutny sport.
W jednym  z komentarzy (za wszystkie ogromnie dziękuję) Lis_ka zapytała o źródła i jest to pytanie jak najbardziej fair. W końcu trzeba  wiedzieć czy można polegać na podawanych informacjach. Źrodeł  z których korzystalem jest jednak bardzo wiele i zapewne lista pochłonęłaby   przestrzeń kolejnego wpisu. To co napisalem to sklecona na prędce mozaika, której źrodłem jest głównie prasa australijska, co jest  zrozumiałe, bo tuńczyki są ważną częścia  gospodarki tego kraju. Inne źródla  to popularna  amerykańskie magazyny naukowe takie jak:  "Scientific American", "New Scientist" i "Popular Science", gdzie problemy ekologiczne są poruszane bardzo często.  Korzystalem także z papierów naukowych  Uniwersytetu Stanford (Barbara Block jest tu centralną postacią), polowałem na wywiady radiowe wiodących naukowców, uczestniczących w programach badawczych nad tuńczykiem, wreszcie zaglądałem nawet  na wyniki giełdowe firm takich jak wspomniana Clean Seas, aby upewnić się  czy rzeczywiście ich inwestycja  w hodowlę ma sens (ostatne wyniki są słabe, co oznacza, że firma ma problemy). I na koniec prawdziwa  perełka. Książka, która jest gigantycznym kompendium wiedzy o  opisywanych przeze mnie  rybach. Napisał ją Richard Ellis i nosi ona tytuł: "Tuna: a Love Story". Każdego  zainteresowanego  tematem zachęcam do przeczytania. Elllis  jest też zdolym rysownikiem i wspaniale  portretuje  te piękne ryby.
I to na razie  wszystko w temacie tuńczyka :)

06:02, desmond108
Link Komentarze (8) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13